PL
Zegar z kukułką na stacji w Kutnie
Deszcz padał od trzech dni. Rzęsy Urszuli jeszcze nie wyschły po tym, jak wypadła z autobusu na przystanku przy Warszawskiej, a już tato postawił przed nią talerz z parującą zupą ogórkową i spojrzał tak, jak patrzy się na kogoś, kogo za chwilę trzeba będzie mocno rozczarować.
— Siadaj. I jedz. Rozmowa będzie niedługa, ale nie na stojąco.
Urszula zdjęła przemoczony płaszcz, powiesiła go na oparciu krzesła i usiadła. Zupa pachniała koperkiem, ale łyżka w jej dłoni nie drgnęła. Za oknem, na podwórku przy ulicy Kościelnej w Otwocku, sąsiadka z parteru usiłowała wyciągnąć z kałuży zdechłego gołębia. Tato tego nie widział, bo patrzył tylko na nią.
— Pan Wysocki złożył propozycję.
— Jaką?
— Konkretną. Spłaci długi, całe sto osiemdziesiąt tysięcy. Do tego zapłaci za remont dachu i kupi Mateuszowi roczny abonament na rehabilitację.
Urszula odłożyła łyżkę.
— W zamian za co?
— Za ciebie.
W kuchni zrobiło się tak cicho, że dało się usłyszeć, jak kobieta z naprzeciwka wnosi z balkonu doniczkę z pelargonią, bo znowu zaczynało padać. Tato wyglądał jak człowiek, który oddałby wszystko, żeby ta rozmowa już się skończyła, ale jednocześnie nie zamierzał z niej uciekać.
— Brzydko to ująłem. Pan Wysocki szuka żony. Spokojnej, rozsądnej, takiej, która ogarnie jego dwie córki. Ty się do tego nadajesz.
— Ma córki?
— Aniela i Róża. Dziewięć i sześć lat. Matka zmarła im pięć lat temu. Gruźlica.
Urszula podniosła głowę. Przez ułamek sekundy zobaczyła w oczach taty tego samego człowieka, który trzy lata temu niósł Mateusza na rękach przez zaśnieżony parking przed szpitalem, bo karetka nie mogła podjechać pod sam wejście.
— Dlaczego ja?
— Bo pan Wysocki chce kobiety, która nie będzie robić scen. A ty nigdy nie robisz scen.
Nie zaprzeczyła. To była prawda.
Pan Wysocki mieszkał w Otwocku, w domu, o którym wszyscy w rodzinie mówili zbyt cicho, żeby nie usłyszało tego żadne z dzieci. Wdowiec. Czterdzieści cztery lata. Właściciel zakładu szklarskiego i połowy magazynów przy torach. Człowiek, który po pogrzebie żony podobno nie powiedział ani jednego zbędnego słowa. Jego córki chodziły po domu tak cicho, że sąsiadka myślała, że wyjechały.
Poznali się dwa tygodnie później w małej restauracji przy rynku. Ona przyszła prosto z nocnej zmiany w piekarni, w której pracowała od lutego, z mąką za paznokciami i paskudnie posiniaczonym nadgarstkiem od palety z chlebem. Zamówiła herbatę. On mówił o cenach szkła i o tym, że nie ma czasu na kawę. Nie powiedział, że jest ładna. Nie powiedział, że się cieszy. Powiedział:
— Przelew będzie w piątek.
A potem dodał, jakby to była zwykła informacja:
— Urząd stanu cywilnego w Otwocku ma termin dwunastego grudnia. Odpowiada pani?
— Odpowiada.
Tak to wyglądało.
Marta, przyjaciółka z piekarni, obracała w palcach rogalik z marmoladą i nie mogła uwierzyć.
— Ty naprawdę to zrobisz.
— Zrobię.
— Za ojca i brata.
— Za dach.
— Jezu, Urszula. To nie jest remont łazienki. To małżeństwo.
Urszula obciągnęła fartuch i schowała dłonie do kieszeni. Nie chciała, żeby Marta zobaczyła, że palce jej się trzęsą.
— Sprawdzimy to tak. U mnie w domu nikt nie ma wykształcenia wyższego, tylko ojciec zdał maturę w siedemdziesiątym dziewiątym. Ja kończyłam zaocznie tylko pierwszą klasę szkoły gastronomicznej. Pan Wysocki to nie jest zły człowiek. Jest zimny, ale to nie jest wada. To jest sposób.
Ślub wzięli w południe, w sali ślubów przy Andriollego. Urszula miała sukienkę z kremowej tafty, kupioną dzień wcześniej na wyprzedaży, i buty, które cisnęły. Pan Wysocki pocałował ją na stopniach urzędu. Wtedy rozchyliła wargi, bo tak wypada. Ona dotknęła jego policzka.
A wieczorem, w ich pierwszym wspólnym wieczorze, usiadł przy stole w jadalni, wyciągnął z kieszeni klucz i powiedział:
— To do piwnicy, tam są przetwory. Od teraz pani tu rządzi.
— Dziękuję.
— Niech pani nie dziękuje. Niech pani po prostu nikogo nie krzywdzi.
Zamrugała.
Pan Wysocki wstał, podszedł do kredensu, nalał sobie kieliszek żytniej i powiedział w przestrzeń, jakby Urszuli w ogóle tam nie było:
— Moje serce i tak należy do zmarłej. To nie jest złośliwość. To jest uczciwość.
Urszula nie odpowiedziała. Podeszła do okna. Za szybą, na parapecie, leżał zapomniany przez kogoś słoik z musztardą. Wzięła go do ręki. Etykieta odklejała się w jedną stronę. Zaczęła ją powoli odrywać. Tylko to mogła teraz zrobić.
Dziewczynki przywitały ją w przedpokoju dwie godziny później. Aniela trzymała lalkę z urwanym okiem, Róża chowała się za biegunowym fotelem i ssała rękaw. Urszula przykucnęła. Wyciągnęła z torby dwie lukrowane jagodzianki, które wzięła z piekarni dla siebie.
— Która z was pije herbatę z mlekiem?
Róża zrobiła krok do przodu.
— Ja.
— To dziś będzie herbata. A lalkę da się przyszyć. Tylko potrzebuję igły.
Mijały tygodnie. Urszula gotowała, robiła zakupy na bazarku przy Karczewskiej, zapisywała dzieci na zajęcia z rytmiki, odprowadzała je do szkoły, wracała, bo Róża zapomniała śniadaniówki. Pan Wysocki wracał po dziewiętnastej. Jadł w milczeniu. Czasem włączał radio i stał przy oknie, patrząc na samochody jadące w stronę Warszawy.
Rozmawiali o rachunkach. O tym, że trzeba wezwać kominiarza. O tym, że Aniela źle sypia.
— Krzyczy przez sen — powiedziała kiedyś Urszula.
— Każdy ma swoje krzyki. Jej przejdzie.
— Może by z nią porozmawiać?
— A co pani chce jej powiedzieć? Że świat jest miły? Niech się pani nie wygłupia.
Urszula nie odpowiedziała.
W maju przyjechał ojciec. Pan Wysocki nie wyszedł go przywitać. Ojciec stał w kuchni, ściskał w palcach czapkę i patrzył na córkę, która smarowała chleb smalcem, jakby robiła to od zawsze.
— Dobrze cię traktuje?
— Dobrze.
— To dobrze.
Nie usiadł. Nie zdjął kurtki. Wypił herbatę, postawił szklankę i wyszedł. Dopiero po chwili Urszula zobaczyła na parapecie kopertę. Otworzyła ją przy zlewie, żeby pan Wysocki nie widział. W środku było sześćset złotych, składane na pół, w banknotach po dwieście.
Schowała kopertę pod słoik z cukrem. Tego wieczoru pierwszy raz od ślubu płakała w łazience, z ręcznikiem przyciśniętym do ust, żeby dzieci nie usłyszały.
Przełom przyszedł w czerwcu. Pan Wysocki wrócił wcześniej. Urszula siedziała z Anielą na podłodze w salonie i obie szyły lalce nowe oko z czarnego guzika. Pan Wysocki stanął w drzwiach. Patrzył przez dłuższą chwilę na tę scenę. Potem powiedział:
— Moja żona też tak siadywała.
Urszula uniosła głowę.
— To dobrze. To znaczy, że dziewczynki to pamiętają.
— Nie o to chodzi.
— A o co?
— O to, że pani nie jest moją żoną.
Zapadła cisza. Aniela zamarła z igłą w dłoni. Potem wstała i odłożyła lalkę na stolik. Ręce miała posmarowane guzikarską pastą do czernienia.
— To ja pójdę do Róży — wymamrotała.
Pan Wysocki nie zareagował. Urszula wstała. Rozprostowała plecy. Z kieszeni fartucha wyciągnęła maleńki kawałek węgla, który od tygodni nosiła przy sobie, i podeszła do ściany przy oknie, gdzie wisiał obrazek z Aniołem Stróżem. Nie odwracając się, powiedziała:
— Ma pan rację. Nie jestem pańską żoną. Jestem kobietą, którą pan kupił za długi mojego ojca.
— To nie było tak.
— A jak było?
— Potrzebowałem matki dla dzieci.
— I pan ją kupił. Pan zapłacił i przywiózł. To nie jest małżeństwo. To jest towar z dowozem.
Pan Wysocki postąpił krok w jej stronę. Urszula odwróciła się gwałtownie.
— Niech pan nie podchodzi. Niech pan nie udaje, że to była umowa dwojga równych sobie ludzi. Pana było stać, żeby zapłacić. Mnie nie było stać, żeby odmówić. To jest cała różnica.
— Czego pani ode mnie oczekuje?
— Niczego. Od pana nie oczekuję już nic. Natomiast od siebie oczekuję jednego: żeby dzieci, które pan ma, nie musiały nosić tego samego wstydu co ja.
Wyszła do kuchni. Oparła się o stół. Dygotała. Za oknem zapaliła się latarnia. Na podwórzu sąsiadka z parteru znowu wnosiła z balkonu doniczki, tym razem z begoniami, chowając je przed deszczem.
Urszula została.
Dzieci zaczęły nazywać ją ciocią. Potem, same z siebie, matką chrzestną. Pan Wysocki zaczął mówić jej po imieniu, co w jego ustach brzmiało jak coś między obelgą a przywilejem. Z czasem zaczęli razem jeść śniadania. Ona nalewała mu kawę. On podawał jej gazetę. Taka tam mapa rozejmu.
W sierpniu Aniela obudziła się z krzykiem. Urszula wstała, zeszła na dół i usiadła przy jej łóżku. Trzymała dziecko za rękę. Aniela patrzyła w sufit i mówiła:
— Mnie się śni, że mama stoi za oknem i puka. Ale ja nie mogę otworzyć, bo nie mam rąk.
— To tylko sen. Masz ręce.
— Pani to zawsze tak mówi. A co, jak sen jest prawdziwy?
Urszula podeszła do biurka. Wzięła kartkę z bloku w kratkę i narysowała domek. Nad domkiem dorysowała gołębia.
— Widzisz? Gołąb przynosi listy. Jak mama śni ci się za oknem, to znaczy, że próbuje ci coś dać. A w liście jest napisane, żebyś nie bała się spać, bo mama pilnuje cię z góry.
— Skąd pani wie, co tam jest napisane?
— Bo ja też tak sypiam. I też mi się śni.
Dziewczynka dotknęła rysunku. Potem wstała, podeszła do okna i otworzyła je na oścież. Do pokoju wpadło letnie powietrze. Aniela wyszła na balkon.
— Mamo! — krzyknęła w ciemność. — Już nie musisz pukać!
Urszula nie poruszyła się. Słyszała, jak otwierają się drzwi sypialni pana Wysockiego. Pojawił się w przeciwległym oknie, na drugim końcu domu. Stał w ciemnościach i patrzył na balkon. Nie powiedział nic. Położył tylko dłoń na szybie.
We wrześniu Urszula znalazła w kredensie starą teczkę. W środku były papiery: akt własności domu, dokumenty zakładu szklarskiego, nekrolog żony, a na samym dole, w foliowej koszulce, testament. Spisany ręcznie, sześć lat temu. Pan Wysocki zapisywał wszystko córkom. Dom. Zakład. Magazyny. Dwie działki pod Karczewem. Na końcu dopisek innym kolorem atramentu, z datą dwunastego grudnia, w dzień ich ślubu: „A Urszuli, gdyby została do końca, należy się kuchnia, spiżarnia i ciepły posiłek każdego dnia. Za drugie oko lalki.”
Urszula przeczytała to trzy razy. Pierwszy odruch był taki, żeby schować teczkę i zapomnieć. Ale coś w tym zdaniu ją zabolało bardziej niż wszystkie milczące kolacje razem wzięte — bo nawet w testamencie zostawił jej miejsce przy garnkach, a nie przy sobie. Zamknęła teczkę i odłożyła ją na miejsce, ale tego wieczoru już wiedziała, co zrobi.
Wieczorem pan Wysocki zapytał ją, czy zamykała kredens.
— Nie zostawia się otwartego. Córki mogłyby coś zepsuć.
Urszula odstawiła talerz.
— Zamykałam. I nie zepsułam. Za to znalazłam pański testament.
Pan Wysocki znieruchomiał z widelcem w połowie drogi do ust.
— To dobrze. To znaczy pani wie, że dziewczynki będą zabezpieczone.
— Wiem, że pan zapisał mi kuchnię i spiżarnię. Za drugie oko lalki. Jakbym była meblem, który dobrze się sprawdził.
— To miał być gest.
— To jest wycena. I ja się na nią nie zgadzam.
Urszula otworzyła szufladę, wyciągnęła mały mosiężny kluczyk i położyła go na środku stołu.
— Co to?
— Klucz do piwnicy. Ten, który pan mi dał pierwszego wieczoru. Otóż nie chcę już panu rządzić w piwnicy, panie Wysocki. Ani w spiżarni. Ani w niczym, co pan mi łaskawie wyznaczył w zamian za ciepły posiłek.
— Co pani robi?
— Wypowiadam umowę.
— Jaką umowę?
— Tę, którą zawarł ze mną pan i mój ojciec. Pan kupił matkę dla dzieci, ale matka nie jest panu potrzebna. Pan potrzebuje kogoś, kto potwierdza panu, że ma pan rację. A ja się do tego nie nadaję.
— Zostawi pani dziewczynki?
— Dziewczynek nie zostawię. Dziewczynki nie są pana własnością.
Wstała, poszła na górę i zapukała do pokoju, w którym obie siostry siedziały na jednym łóżku, pochylone nad tą samą lalką. Usiadła przy nich na chwilę, wzięła ręce Anieli w swoje dłonie.
— Wyjeżdżam do Wrocławia, do mojego brata. Ale to nie znaczy, że znikam.
Aniela spojrzała na nią z tą samą powagą, z jaką kiedyś pytała o sen.
— To pani też zacznie pukać do okna?
— Nie. Ja zostawię wam coś lepszego niż pukanie.
Wyjęła z kieszeni fartucha pocztówkę z gołębiem, którą schowała tam jeszcze rano, na wszelki wypadek, i wcisnęła ją w dłoń Anieli.
— Tu jest adres. Piszcie, kiedy chcecie. A na święta przyjedziecie do mnie, choćby na dwa dni. Umówione?
Aniela przycisnęła kartkę do piersi jak coś kruchego. Róża, nie mówiąc nic, przysunęła się bliżej i oparła głowę o ramię Urszuli. Tak zostały we troje jeszcze chwilę, aż na dole trzasnęły drzwi gabinetu — pan Wysocki wyszedł, żeby nie patrzeć.
— Nie potrzebuję pana forsy — powiedziała mu później Urszula, stojąc już w przedpokoju z walizką. — Potrzebowałam jej wtedy. Teraz już nie. Ojciec ma pracę w sortowni, Mateusz wyszedł ze szpitala.
Pan Wysocki zbielał.
— Nie wyjdzie pani stąd. To jest mój dom.
— A ja swoje rzeczy zabieram w jednej walizce. Stoi w przedpokoju od trzech dni. Pan nawet nie zauważył.
Nie zostawiła mu ani jednego powodu, żeby szedł za nią. Podeszła do drzwi, zdjęła z wieszaka płaszcz i wyszła na podwórze. Za bramą stał autobus nocny. Na przystanku, pod zepsutą żarówką, siedział pijany mężczyzna w kaszkiecie, który na jej widok podniósł rękę i powiedział:
— A pani to dokąd o tej porze?
Urszula nie odpowiedziała. Ruszyła w kierunku dworca.
Na stacji w Kutnie, gdzie musiała czekać na przesiadkę do Wrocławia, kupiła w automacie herbatę za cztery złote. Kubek parzył ją w palce. Zegar z kukułką nad peronem pokazywał piętnaście po drugiej.
Kukułka wyskoczyła. Zakukała raz.
Urszula podniosła kubek i upiła łyk. Herbata była za słodka. Pomyślała, że za jedenaście dni, kiedy Róża skończy siedem lat, trzeba jej przywieźć zestaw kredek z Wrocławia — i że list od Anieli może przyjść już w przyszłym tygodniu, bo dziewczynka obiecała napisać, jak tylko znajdzie kopertę.
Drugi raz kukułka zakukała wtedy, gdy pociąg wjeżdżał na peron. Urszula stała już przy torach. Walizka w jednej ręce. W drugiej klucz do piwnicy, którego nie oddała — nie z uporu, tylko dlatego, że zapomniała go zostawić, a teraz było już za późno, żeby wracać.
