Connect with us

PL

Sarna z kartonu po butach

Published

on

Pracuję w lecznicy dla dzikich zwierząt pod Olsztynem od siedmiu lat i zawsze mówię to samo: najgorsze telefony to te, które przychodzą za późno. Ten telefon zadzwonił we wtorek po południu, dwudziestego sierpnia, i był spóźniony o dwa tygodnie.

Nazywam się Bartek, mam trzydzieści cztery lata, jestem technikiem weterynarii. Nie jestem bohaterem tej historii. Byłem tylko przy niej, kiedy się kończyła.

Zadzwoniła kobieta, przedstawiła się jako Marta. Powiedziała, że ma w domu "jelonka", którego znalazła w lesie koło Stawigudy dwa tygodnie temu, i że coś jest z nim nie tak. Zapytałem, dlaczego dopiero teraz. Odpowiedziała, że myślała, że sama sobie poradzi, że karmiła go mlekiem dla kóz z butelki po oranżadzie, że wydawał się grzeczny i spokojny. Nasza koordynatorka, pani Ewa, próbowała się z nią skontaktować już wcześniej — sąsiad Marty zgłosił sprawę do lokalnego koła łowieckiego, a stamtąd numer trafił do nas. Dzwoniliśmy cztery razy w ciągu tych dwóch tygodni. Nikt nie odbierał. Jeden z naszych wolontariuszy, student piąty rok z UWM, był gotowy pojechać własnym samochodem i odebrać zwierzę tego samego dnia, kiedy dostaliśmy zgłoszenie. Marta nie otworzyła mu drzwi.

Kiedy w końcu przywiozła sarnę sama, zawinięta była w stary koc w czerwoną kratę, na tylnym siedzeniu opla corsy, w pudełku po butach sportowych, za dużym jak na nią. Miała może osiem, dziewięć dni życia. Ważyła niewiele więcej niż dwukilogramowy worek mąki.

Pamiętam zapach, który wszedł razem z nią do gabinetu — słodkawy, nieprzyjemny, zapach zaniedbanego układu trawiennego. Za oknem akurat lało, sierpniowy deszcz walił w blachę na dachu przybudówki, a w radiu, które zawsze gra u nas cicho w tle, akurat leciały wiadomości o cenach prądu.

Doktor Kalinowska, nasza główna lekarka, od razu wzięła ją na stół. Sarna nie broniła się, nie kopała nóżkami, jak robią to zdrowe źrebięta jelenie, kiedy się je bierze na ręce. Leżała bezwładnie, z otwartymi oczami, i to milczenie było gorsze niż jakikolwiek krzyk.

Zrobiliśmy badania — na pasożyty, na infekcje bakteryjne. Podłączyliśmy kroplówkę, płyny dożylnie, bo była odwodniona do granicy, jaką w ogóle da się przeżyć. Doktor Kalinowska podała leki przeciwbólowe, coś na stan zapalny jelit, specjalne mleko zastępcze z elektrolitami — takie, jakiego Marta nigdy by nie kupiła w zwykłym sklepie zoologicznym. Monitorowaliśmy tętno co pół godziny. Zmienialiśmy się przy niej całą noc.

Marta siedziała na korytarzu na plastikowym krześle, trzymała w rękach kubek z automatu, nie pijąc z niego ani łyka. W pewnym momencie powiedziała mi, że sarna "polubiła" karton po butach, że układała się tam do snu, że jadła z ręki. Nie potrafiłem jej powiedzieć wtedy tego, co mówię teraz: że to wcale nie było przywiązanie. To było wyczerpanie organizmu, który przestawał walczyć.

Bo prawda, którą musieliśmy jej przekazać, była prosta i okrutna zarazem — ta sarna najprawdopodobniej nigdy nie została porzucona. Matki jeleni chowają młode w wysokiej trawie i odchodzą na kilka godzin, żeby paść się z dala i nie ściągać drapieżników zapachem. To normalne. To nie porzucenie, to strategia przetrwania, wypracowana przez tysiące lat. Sarnę zabrano dokładnie stamtąd, gdzie matka ją zostawiła — bezpiecznie, celowo, tymczasowo.

Nad ranem, około czwartej, doktor Kalinowska wyszła z gabinetu zabiegowego i pokręciła głową. Nie musiała nic mówić więcej.

Zwierzę odeszło mimo kroplówki, mimo leków, mimo dwunastu godzin, w czasie których trzy osoby robiły dla niej wszystko, co się dało zrobić w polskiej lecznicy dla dzikich zwierząt w sierpniu dwa tysiące dwudziestego szóstego roku. Uszkodzenia w przewodzie pokarmowym były zbyt zaawansowane. Dwa tygodnie niewłaściwego karmienia i stresu zrobiły to, czego nie dało się cofnąć żadnym lekiem.

Nie krzyczałem na Martę. Nie miałem do tego prawa i zresztą nie takie jest moje zadanie. Podałem jej tylko kubek wody z automatu — ten sam, który trzymała, tylko świeży, bo poprzedni już wystygł — i powiedziałem, że sarna nie cierpiała ostatnich godzin, bo dostała środki przeciwbólowe. To było prawdą.

Widziałem, jak wyjmuje z torebki ten sam czerwono-kraciasty koc, składa go dokładnie na pół, potem jeszcze raz na pół, i wkłada z powrotem do pudełka po butach. Zabrała je ze sobą. Nie wiem, co z nim zrobiła.

Kilka dni później doktor Kalinowska poprosiła mnie, żebym pomógł jej nagrać krótki filmik dla naszej strony na Facebooku — takie, jakie robimy zawsze, kiedy chcemy przypomnieć ludziom zasady. Nie wymieniła nazwiska Marty. Powiedziała tylko: jeśli znajdziecie jelonka samego w lesie, nie dotykajcie go, nie zabierajcie do domu, zadzwońcie pod numer lecznicy albo do najbliższego koła łowieckiego. Matka wróci. Zawsze wraca.

Ja tego wieczoru wróciłem do domu później niż zwykle, mój pies — stary owczarek o imieniu Rudy — czekał przy furtce, jakby wiedział, że coś jest nie tak. Nie opowiedziałem żonie szczegółów. Powiedziałem tylko, że mieliśmy ciężką noc i że jutro znowu przyjdę wcześnie, bo w klatce numer trzy leży jeż, który ma większe szanse.

Click to comment

Leave a Reply

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься. Обов’язкові поля позначені *

1 + 6 =

Також цікаво:

CZ1 годину ago

Lenoška, to je v tvé podstatě, Irčo

Dlouho jsem to nikomu nedokázala vyprávět. Ptaly se: "Jak to s tím Liborem?" A já se usmála: "Super, všechno v...

HE2 години ago

עשרים ושתיים שנים על חלקה אחת ברחוב הדקל

כשטל היה בן שלוש עשרה, אביו יצא בבוקר חמסיני לנסיעת עבודה לאשדוד ולא חזר. פיצוץ בלורי משא, הכביש הראשי חלק...

NL5 години ago

De sleutel die ik niet meer teruggeef

Ik heet Ingrid Bergman, ben 64 en heb zevenendertig jaar bij de gemeente Almere op de afdeling burgerzaken gewerkt. Toen...

IT5 години ago

Il miracolo nella sala di Lucca

La sala dei ricevimenti di Villa Bonsignori brillava di luci dorate quella sera di settembre, il profumo di gigli bianchi...

FR6 години ago

Le coffre du 412

Il pleuvait sur Annecy ce soir-là, et la pluie dégoulinait sur le manteau usé d'Odette Rambert quand elle traversa le...

HU7 години ago

Terepjáró kulcs a széfben

Nina és a mesterautó – három perc, ami mindent eldöntött Szombat délután volt, amikor Tamás letette a villát a tányér...

LT11 години ago

Autobusas septintą, jūra trečią

– Jūra atšaukiama. Mama atvažiuoja, – Tomas net telefono nepadėjo, kai tai pasakė. Aš stovėjau koridoriuje su nauju skėčiu nuo...

HU11 години ago

A kulcs, ami nem fordult a zárban

Ilona Varga ötvenhat éves volt, amikor vasárnap hajnalban, négy óra körül felébredt a nyíregyházi kis házban, és az első gondolata...