PL
Herbata z cytryną przy Rynku, Wrocław, siedemdziesiąt trzy lata
Mam siedemdziesiąt trzy lata i od pewnego czasu zadaję sobie pytanie, którego wcześniej nawet bym nie sformułowała: czy Danuta i ja wciąż jesteśmy przyjaciółkami, czy tylko dwiema kobietami, które od czterdziestu sześciu lat umawiają się w tej samej kawiarni z przyzwyczajenia.
Poznałam Danutę, kiedy obie miałyśmy dwadzieścia siedem lat. Mieszkałyśmy na tej samej klatce przy Krupniczej we Wrocławiu, nasze dzieci jeździły jeszcze w wózkach, a my spotykałyśmy się codziennie rano w piekarni na rogu po bułki maślane. Najpierw rozmawiałyśmy o kolkach i lekarzach, potem o mężach, o wczasach pracowniczych nad Bałtykiem, które kiedyś zorganizowałyśmy razem, o wigiliach, na które się wzajemnie zapraszałyśmy. Kiedy jej mąż zmarł osiem lat temu, to ja siedziałam z nią do trzeciej w nocy, kiedy nie mogła spać. Kiedy mnie operowano na kolano, to Danuta przez tydzień przynosiła mi rosół w słoiku. Nigdy bym nie pomyślała, że coś takiego jak nasza przyjaźń może się po prostu… wypłukać.
Spotykałyśmy się w czwartki, zawsze w tej samej kawiarni przy Rynku, tam gdzie kelnerka od lat wie, że ja piję kawę z mlekiem, a Danuta herbatę z cytryną, bo kawa jej ostatnio, jak mówi, „siada na żołądek". Problem narastał powoli. Danuta zaczęła mówić właściwie wyłącznie o dzieciach i wnukach — o angielskim wnuczki, o meczach wnuka, o kłótniach synowej, o tym, gdzie spędzą Wielkanoc. Słuchałam, bo znałam ich wszystkich, odkąd byli mali, i wiele z tych spraw naprawdę mnie interesowało. Ale przyszedł moment, kiedy nasze czwartkowe spotkania zaczęły przypominać cotygodniowy raport z jej rodziny. Jeśli wspominałam wycieczkę do Karpacza, ona przypominała sobie, dokąd jeździli jej wnukowie. Jeśli mówiłam o filmie, opowiadała, jaki serial ogląda córka.
Nigdy nie uznałam tego za coś poważnego — dopóki nie wydarzyło się coś, co dla mnie było ważne. Po latach przekonywania samej siebie, że nie chcę już sobie komplikować życia, zaczęłam spotykać się z mężczyzną. Nazywa się Zbigniew. Poznaliśmy się na zajęciach nordic walking nad Odrą, organizowanych przez dom kultury na Biskupinie. Jest wdowcem, ma siedemdziesiąt pięć lat i mieszka piętnaście minut jazdy autobusem od mnie. Nie mówiliśmy o ślubie ani o wspólnym mieszkaniu. Po prostu znów zrobiło mi się przyjemnie czekać na telefon.
Czekałam kilka tygodni, zanim powiedziałam o tym Danucie. Chciałam jej to powiedzieć osobiście, bo znała mojego męża i wiedziała, jak trudno przyszło mi przyzwyczaić się do samotności. Powiedziałam jej w ten czwartek, przy szarlotce. „Spotykam się z kimś" — powiedziałam. Danuta otworzyła szeroko oczy, uśmiechnęła się, spytała, kto to. Zaczęłam opowiadać, jak się poznaliśmy, i ledwie minęły cztery minuty, kiedy sięgnęła po telefon. Wnuczka przysłała zdjęcie sukienki na studniówkę. Danuta pokazała mi ekran, potem drugie zdjęcie, potem zaczęła tłumaczyć, że dziewczyna ma problem z wyborem butów do tej sukienki. Moja historia zniknęła ze stołu razem z okruchami po szarlotce.
Wróciłam do domu zła na siebie za to, że coś tak z pozoru drobnego mogło mnie zaboleć. W następny czwartek nie poszłam. Powiedziałam, że mam sprawy do załatwienia w przychodni. Danuta zadzwoniła wieczorem i usłyszała, że coś jest nie tak. Ostatecznie powiedziałam jej wprost: „Ostatnio próbowałam ci powiedzieć coś ważnego dla mnie, a po czterech minutach znowu rozmawiałyśmy o twoich wnukach".
Zamilkła. Najpierw się broniła — mówiła, że ja też przecież mówię o swoich dzieciach, że jej wnuki zajmują ogromną część jej życia. To akurat była prawda. Ale zapytałam ją, kiedy ostatnio rozmawiałyśmy o niej — nie o dzieciach, nie o mnie, tylko o niej samej. To pytanie zmieniło rozmowę.
Danuta przyznała mi się w końcu, że od śmierci męża tak bardzo rzuciła się w wir rodziny, że czasem sama nie wie, co miałaby o sobie opowiedzieć. We wtorki odbierała wnuka ze szkoły, w środy pomagała córce w sklepie, w niedziele wszyscy jedli razem obiad u niej. Jej życie było pełne, tylko że prawie wszystko w nim należało do kogoś innego. „Może dlatego tyle mówię o nich, że sama nie wiem, co ja właściwie robię" — powiedziała cicho, mieszając łyżeczką w pustej już filiżance.
To zdanie zabrało większość mojej złości.
Nie skończyło się jednak na jednej rozmowie przy telefonie. Dwa tygodnie później Danuta zadzwoniła i zaprosiła mnie na kawę — nie w czwartek, tylko w sobotę, kiedy zwykle jest u córki. Przyszła sama, bez telefonu na stole, co samo w sobie było nowością. Powiedziała, że zapisała się na kurs malowania akwarelą w Centrum Kultury Zamek, że pierwsze zajęcia były w piątek i że narysowała most Grunwaldzki tak krzywo, że instruktorka się roześmiała. Opowiadała o tym piętnaście minut bez jednej wzmianki o wnukach. Potem sama się zreflektowała, zaśmiała się i powiedziała: „Widzisz, umiem".
Zapytała też o Zbigniewa. Nie z grzeczności — dopytywała, jaki ma zawód, czy ma dzieci, czy gotuje. Umówiłyśmy się, że we czwórkę pójdziemy na obiad do knajpki na Ostrowie Tumskim, tam gdzie podają dobry żurek. Danuta przyszła w nowym szalu, kupionym specjalnie na tę okazję, i przez cały obiad, kiedy Zbigniew opowiadał o swojej dawnej pracy w fabryce, słuchała, nie sięgając ani razu po komórkę.
Nie wróciłyśmy magicznie do bycia dwudziestosiedmioletnimi dziewczynami z Krupniczej, bo żadna przyjaźń tak nie działa. Ale teraz, zanim się rozstajemy, zadajemy sobie czasem pytanie: „A ty jak naprawdę się masz?". I czekamy na odpowiedź, zamiast od razu wyjmować telefon.
Ostatniej środy Danuta zadzwoniła nie po to, żeby opowiedzieć o wnuczce, tylko żeby zapytać, czy pójdę z nią zapisać się razem na te same zajęcia z akwareli. Powiedziałam, że tak, ale że najpierw muszę odwołać spacer ze Zbigniewem, bo mieliśmy iść na Ostrów karmić łabędzie. Danuta zaśmiała się i powiedziała, żebym nie odwoływała — że przyjdzie na zajęcia sama, a łabędzie poczekają na następny tydzień razem z nami dwiema i jej sztalugami.
Czasem myślę, że długoletnie przyjaźnie nie kończą się wielką kłótnią. Niektóre po prostu obrastają w tyle przyzwyczajeń, że przestajemy patrzeć na osobę, która siedzi naprzeciwko nas przy stoliku z filiżanką w ręku.
