Connect with us

PL

Msza o wpół do siódmej

Published

on

Zamówiłam mszę na pierwszą rocznicę śmierci Bogdana i dzieciom powiedziałam o tym miesiąc wcześniej, żeby na pewno zdążyły się zorganizować. Nie przyszło żadne. Kinga miała wyjazd służbowy do Wrocławia, Tomek napisał, że "coś mu wypadło w pracy" – dokładnie takim zdaniem, jakby wysyłał je do dostawcy, a nie do matki.

W ostatniej ławce siedział pan Zenek z warsztatu samochodowego, w którym Bogdan przepracował dwadzieścia osiem lat. Miał na sobie garnitur, wyraźnie za duży w ramionach, i pachniał tym samym płynem po goleniu, co kiedyś mój mąż – tanim, w niebieskiej butelce, kupowanym w drogerii przy targu.

Kościół świętego Wojciecha na Osiedlu Piastowskim o tej porze, w czwartek, jest niemal pusty. Zapach kadzidła mieszał się z chłodem, jaki zostaje w murach po nocy. Trzy kobiety z różańcami w pierwszych ławkach, mężczyzna w berecie, który przychodzi tu codziennie, obojętnie który dzień tygodnia. I ja. I pan Zenek, którego nie widziałam od pogrzebu, kiedy niósł trumnę razem z trzema innymi mechanikami z warsztatu przy Kolejowej.

Ksiądz zaczął czytać intencję i odwróciłam się, żeby na niego nie patrzeć.

– Za spokój duszy śp. Bogdana Wróbla, w pierwszą rocznicę śmierci, od żony Teresy.

Głos mi się nie załamał. Nie pozwoliłam sobie na to. Ale zobaczyłam tego mężczyznę w tylnej ławce, siwego, w tym za luźnym garniturze, i coś we mnie pękło jak sucha gałąź. Bo on przyszedł. A moje dzieci nie.

Po mszy podszedł do mnie przed kościołem. W ręku trzymał jedną białą różę – z tych po dziewięć złotych, sprzedawanych z wiaderka przy bramie cmentarnej.

– Pani Tereso, niech pani nie myśli, że się narzucam – powiedział, i widziałam, że jest mu głupio. – Bogdan zawsze mówił, że garnitur trzyma się na trzy okazje. Ślub, pogrzeb i kiedy ktoś naprawdę potrzebuje, żeby przyjść.

Wzięłam różę i nie umiałam nic odpowiedzieć. Skinęłam tylko głową, on skinął swoją i poszedł w stronę przystanku, gdzie akurat nadjeżdżał autobus numer siedemnaście.

Stałam przed kościołem z tą różą w dłoni i myślałam o człowieku, który przez dwadzieścia osiem lat toczył metal na tokarce w tym samym warsztacie i nigdy głośno nie powiedział "kocham cię" – a jednak potrafił powiedzieć coś takiego koledze przy szafce z narzędziami. I ten kolega to zapamiętał na tyle, żeby przyjść.

Z Bogdanem byliśmy trzydzieści dziewięć lat. Poznaliśmy się na zabawie w remizie strażackiej pod Kaliszem – miałam wtedy osiemnaście lat, on dwadzieścia dwa, i pachniał tanią wodą kolońską. Tańczył sztywno, jak drewniany żołnierzyk, ale prowadził pewnie, i to mi się spodobało najbardziej.

Przez te lata Bogdan zawsze był pewny. Że trzeba wstać o piątej, żeby zdążyć na pierwszą zmianę. Że dzieci mają skończyć studia, nawet jeśli trzeba wziąć drugi kredyt. Że remont łazienki zrobi sam, bo po co płacić fachowcowi. Że na wczasy jedzie się nad Bałtyk, do Łeby, bo tam jest tanio i ładnie. Pewny, że ja wiem, że mnie kocha, nawet gdy tego nie powtarzał.

I wiedziałam. Tylko nasze dzieci – Kinga i Tomek – chyba nie wiedziały tego samego o nas.

Kinga ma trzydzieści dziewięć lat, mieszka w Krakowie, prowadzi agencję szkoleniową dla firm. Kiedy dzwonię, zawsze jest "między spotkaniami". Tomek ma trzydzieści sześć, mieszka w Warszawie, pracuje jako programista dla amerykańskiej korporacji i ciągle mówi o "callach" i "deadline'ach", jakby to były słowa w jakimś nowym języku, którego nie zdążyłam się nauczyć.

Oboje przyjechali na pogrzeb rok temu. Kinga płakała przy grobie tak, że musiałam ją trzymać za ramię. Tomek stał z twarzą jak z kamienia, a potem powiedział: "Mamo, tata by nie chciał, żebyśmy się teraz rozklejali". Może i by nie chciał. Ale Bogdan na pewno chciałby, żeby jego syn przyjechał na mszę w rocznicę.

Zadzwoniłam do Kingi tydzień wcześniej, żeby przypomnieć.

– Mamo, ja pamiętam, naprawdę, ale mam konferencję w Gdańsku, nie da się przesunąć. Zapalę świeczkę tutaj, dobrze?

– Dobrze – powiedziałam, bo co miałam odpowiedzieć.

Tomek napisał SMS-a wieczorem dnia poprzedniego: "Mamo, przepraszam, wpadł mi pilny projekt, nie zdążę. Myślami z Tobą". Przeczytałam to trzy razy, licząc, czy coś się zmieni za trzecim razem. Nie zmieniło się.

Wróciłam do domu na Piastowskim z różą owiniętą w gazetę, żeby nie zwiędła po drodze. Postawiłam ją w wazonie na kuchennym stole, obok zdjęcia z naszego ślubu w kościele w Kaliszu, gdzie Bogdan ma minę, jakby zaraz miał zemdleć z tremy. W radiu leciała jakaś stara piosenka, ledwo ją słyszałam.

Zadzwoniłam do Kingi wieczorem. Odebrała po czwartym sygnale, w tle słychać było restaurację, brzęk sztućców.

– Mamo, jak było?

– Był pan Zenek. Z warsztatu taty.

Cisza po drugiej stronie trwała chwilę za długo.

– Pan Zenek przyszedł, a ty i Tomek nie – powiedziałam spokojnie, bez podnoszenia głosu, bo już się nauczyłam, że krzyk nic tu nie da. – To wszystko, co chciałam powiedzieć.

– Mamo, no przecież tłumaczyłam…

– Wiem, co tłumaczyłaś. Dobranoc, Kingo.

Odłożyłam telefon i przez chwilę patrzyłam na różę w wazonie.

Następnego dnia pojechałam do notariusza przy ulicy Grunwaldzkiej, do którego chodziliśmy z Bogdanem, kiedy spisywaliśmy testament dziesięć lat temu. Miałam ze sobą teczkę z dokumentami do domu – tego samego, w którym mieszkam czterdzieści dwa lata, wartego, jak mi policzył pośrednik z sąsiedztwa, około pięciuset tysięcy złotych.

W testamencie, który sporządziliśmy z Bogdanem, dom miał przypaść po połowie Kindze i Tomkowi. Teraz siedziałam naprzeciwko notariusza i mówiłam, że chcę zmienić zapis – jedną trzecią domu zapisać fundacji, która prowadzi warsztat terapii zajęciowej dla emerytowanych mechaników, tam gdzie po odejściu z pracy przesiaduje pan Zenek i jeszcze paru kolegów Bogdana. Pozostałe dwie trzecie zostają dla dzieci, ale nie automatycznie – zapisałam warunek, że każde z nich musi w ciągu roku od mojej śmierci odwiedzić grób ojca choć raz i zamówić w jego intencji mszę, inaczej ich część przechodzi na fundację.

Notariusz spojrzał na mnie znad okularów, zapytał, czy jestem pewna, że taki zapis w ogóle da się prawnie utrzymać w tej formie. Powiedziałam, że nie chodzi mi o egzekwowanie tego w sądzie – chodzi mi o to, żeby na papierze zostało napisane czarno na białym, co dla mnie się liczy.

Podpisałam dokument, zapłaciłam czterysta osiemdziesiąt złotych taksy notarialnej i wyszłam na ulicę, gdzie akurat zaczynało mżyć.

Zadzwoniłam do Tomka dopiero wieczorem, kiedy wiedziałam, że skończył pracę.

– Byłam dziś u notariusza – powiedziałam. – Zmieniłam testament po tacie.

– Mamo, o co chodzi?

– O to, że część domu zapisałam warsztatowi terapii zajęciowej, do którego chodzi pan Zenek. A wasza część zależy od tego, czy w ogóle będziecie pamiętać, że mieliście ojca.

Milczał długo, słyszałam w tle brzęk klawiatury, który nagle ucichł.

– To jest jakiś szantaż – powiedział w końcu.

– Nie, Tomku. To jest spadek po człowieku, który przez trzydzieści dziewięć lat wstawał o piątej rano, żeby wam obojgu było lepiej. Ja tylko dopilnowałam, żeby ktoś go pamiętał, jeśli wy nie chcecie.

Odłożyłam telefon i poszłam do kuchni. Róża w wazonie zaczęła już lekko zwieszać płatki, ale jeszcze trzymała się mocno przy łodydze. Nalałam jej trochę świeżej wody i usiadłam przy stole, tam gdzie zawsze siadał Bogdan, twarzą do okna, z którego widać było parking i stary klon, który sadził razem z sąsiadem piętnaście lat temu.

Za rok, pomyślałam, znowu będzie msza o wpół do siódmej. I tym razem zobaczę, kto naprawdę przyjdzie.

Click to comment

Leave a Reply

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься. Обов’язкові поля позначені *

сімнадцять − п'ятнадцять =

Також цікаво:

DE3 хвилини ago

Als meine Schwiegermutter bei mir einzog, dachte ich nicht an Pflege

Es war ein Dienstagvormittag im Februar, als mein Mann Torben mit dem Auto seiner Mutter vor unserem Reihenhaus in Lüneburg...

DE3 хвилини ago

Der Kater, der die Siedlung in Sendling bestieg – und der Schlosser, der ihn schließlich ertappte

Zuerst verschwand der Gummiball des Sohnes. Dann eine Hausschuh, der linke, unter der Fußmatte vor der Tür. Barbara Kowalczyk aus...

DE19 хвилин ago

Die Alte im Supermarkt an der Karl-Liebknecht-Straße

Man hat mir mal gesagt, wer zu viel besitzt, hört irgendwann auf, genau hinzuschauen. Ich, Bastian Wendler, achtunddreißig, Geschäftsführer einer...

DE20 хвилин ago

Martas Verdienst

Martina Weller und David hatten sich an der TU Berlin kennengelernt und zwei Jahre nach dem Abschluss geheiratet. Am Anfang...

IT30 хвилин ago

Il conto che la madre dello sposo non aveva mai visto

La sala del Grand Hotel Bellavista, a Bergamo, era decorata con rami di ulivo e tulle color avorio, e i...

PL37 хвилин ago

Babcia Marta i sala, która przestała się śmiać

Nazywam się Wiktor Zalewski, mam dziewiętnaście lat i pochodzę z Radomia. Do gimnazjalnego balu maturalnego przyszedłem z jedyną osobą, jaka...

NL1 годину ago

Nooit stoppen met zoeken

Op het Rembrandtplein in Amsterdam viel die donderdagmiddag de drukte stil. Een oude vrouw lag op de kasseien, één kruk...

LT1 годину ago

Vestuvių vakarienė Trakų pilies restorane

Stalai buvo dengti balta damasto medžiaga, taurės žvangėjo nuo švelnaus skersvėjo, o salėje tvyrojo tas ypatingas šventinis šurmulys, kai visi...