PL
Leśniczy znalazł wilczycę w potrzasku na stromym zboczu i uratował ją. Nie spodziewał się jednak tego, co stało się później
Miał na imię Janusz. Sześćdziesiąt dwa lata, z czego prawie czterdzieści spędził w Bieszczadach. Po śmierci Zosi dom na skraju lasu opustoszał, a dzieci przyjeżdżały tylko na święta. Został mu stary pies Antek, służbowa dubeltówka i cisza, która nie bolała już tak bardzo, jak przez pierwszy rok.
Tamtego ranka, trzeciego października, gęsta mgła wisiała nisko nad potokiem. Janusz wyszedł o świcie, zarzucił na ramię dubeltówkę CZ, dwunastkę, do której od trzydziestu lat brał naboje tylko u jednego rusznikarza z Leska, i ruszył w górę, w stronę Połoniny Wetlińskiej. Za paskiem miał zatkniętą siekierę – porządną, z jesionowym styliskiem, bez której nie ruszał się dalej niż kilometr od domu. Antek biegł przodem, węsząc w mokrych paprociach. Od paru dni dostawał sygnały o kłusownikach, którzy zastawiali sidła na jelenie w okolicy Wilczej Łapy. Tego zakątka unikali nawet doświadczeni turyści – ostre turnie, luźne głazy i zerwane ścieżki.
Około dziewiątej dziesięć słońce przebiło się przez chmury i zalało zbocze ciepłym, bursztynowym światłem. Wtedy to usłyszał. Cienki, chrapliwy skowyt, który niósł się echem między skałami. Antek stanął jak wryty, sierść na karku mu się zjeżyła, a z pyska wydobyło się niskie warczenie.
Janusz odbezpieczył dubeltówkę. Dźwięk dobiegał z dołu, zza grzbietu, gdzie stok gwałtownie opadał w stronę jaru. Przedzierając się przez gęste krzaki jałowca, w końcu dotarł do krawędzi. To, co zobaczył, ścisnęło mu żołądek.
Na wąskiej półce skalnej, dziesięć metrów niżej, leżała wilczyca. Potężne zwierzę, z ciemną pręgą na grzbiecie, miało prawą tylną łapę zaciśniętą w stalowym potrzasku. Łańcuch od sidła zaczepił się o wystający korzeń sosny i trzymał ją żywą, ale w pułapce. Zwierzę musiało spaść z góry i cudem wylądowało na tym skalnym występie, bo kawałek dalej zaczynała się już pionowa ściana, a pod nią dwadzieścia metrów przepaści pełnej ostrych głazów.
Wilczyca dostrzegła go. W ułamku sekundy wyszczerzyła kły i rzuciła się w stronę człowieka, ale łańcuch szarpnął ją do tyłu. Zawyła krótko – dźwięk przeszedł w charkot, pysk pokrył się różową pianą – po czym osunęła się na bok, ciężko dysząc. Z rozszarpanego ciała przy łapie sączyła się krew, a futro na grzbiecie było posklejane potem i posoką.
Janusz opuścił dubeltówkę. Nie było tu kłusowników, była istota, która od rana walczyła o każdy oddech. Przywiązał Antka smyczą do brzozy. Lina cumownicza, którą nosił w plecaku, miała na końcu hak – stary nawyk jeszcze z marynarki. W świetle tego, co tu zastał, potrzebował jej bardziej niż kiedykolwiek. Skała pod jego stopami kruszyła się przy każdym ruchu.
Zabezpieczył linę wokół pnia i zaczął schodzić. Buty – wojskowe, podkute, zdarte na obcasach – ślizgały się na wilgotnym mchu, a drobne kamyki z sykiem sunęły w przepaść. Wilczyca wpatrywała się w niego nieruchomym wzrokiem. Gdy dzieliło ich już tylko pół metra, rzuciła się ostatkiem sił. Szczęknęła stalowa paszcza sidła. Janusz instynktownie przywarł do ściany, czując jak wielkie łapsko przecina powietrze tuż obok jego ramienia.
— Cicho, mała… cicho… — wyszeptał, choć głos mu drżał.
Dwoma uderzeniami obucha rozłupał ogniwo łańcucha przy korzeniu, wyszarpując je z zaczepu. Łapa tkwiła w potrzasku, ale teraz zwierzę nie było już uwięzione. Problem polegał na tym, jak wydostać z sidła rozjuszoną wilczycę, nie dając się przy tym zabić.
Działał na wyczuciu. Zdjął kurtkę – starą moro z demobilu, ciężką od wilgoci – i zarzucił jej na łeb, natychmiast przygniatając korpus kolanem do ziemi. Wilczyca szarpnęła się, ale straciła orientację. Janusz obrócił siekierę w dłoni i wsunął stylisko między stalowe szczęki potrzasku, tuż przy zmiażdżonej łapie. Naparł całym ciężarem ciała. Drewno zatrzeszczało, dłonie ześlizgnęły się z potu, serce waliło mu w skroniach. Sprężynowy mechanizm stawiał opór jak żywe stworzenie. Pchnął jeszcze raz, z gardłowym stęknięciem, aż wreszcie szczęki puściły z głuchym trzaskiem. Wyszarpnął stylisko i w tym samym momencie odskoczył w bok, przywierając plecami do skały.
Zrzuciła kurtkę z pyska jednym ruchem głowy. Spojrzała na niego. Jej ślepia były złote i głębokie jak studnia. Nie rzuciła się. Najpierw wspięła się, utykając, trzy metry w górę po niemal pionowej ścianie, pazurami wyrywając darń. Potem odwróciła się, popatrzyła mu prosto w twarz i zniknęła za załomem skały.
Janusz opadł na kolana, łapiąc powietrze. Dopiero po dłuższej chwili zauważył, że stylisko siekiery pękło na wylot, a z dłoni ciekła mu krew z zadartych pęcherzy.
Jeszcze tego popołudnia zawiadomił straż leśną o sidle i śladach ogniska w jarze. Przyjechali przed wieczorem, spisali protokół i obiecali wzmocnić patrole. Więcej o kłusownikach nie usłyszał.
Minęły trzy tygodnie. Mróz ściął kałuże przy ścieżce do studni, a wodę w potoku trzeba było rozbijać obcasem, żeby zaczerpnąć do konewki. Janusz wracał po ciemku z obchodu, przemarznięty tak, że przez dobry kwadrans nie mógł złożyć palców na zapałce. Rozpalił w piecu, zjadł chleb ze smalcem i już prawie zasypiał na krześle, kiedy Antek zaczął skomleć przy drzwiach. Nie dotykał miski, tylko drapał pazurami w futrynę.
Około jedenastej usłyszał wycie. Jedno, drugie, trzecie – cała wataha. Dźwięk był blisko, bardzo blisko. W żołądku poczuł zimny supeł, a dłoń sama powędrowała po dubeltówkę opartą o framugę. Przez szparę w drewnianej okiennicy zobaczył dziesięć, może dwanaście świetlistych punktów odbijających blask księżyca.
Otworzył drzwi. Mróz szczypał go w bose stopy.
Na zroszonym igliwiem mchu, dokładnie na środku drewnianej ławy przed domem, leżała świeża tusza zająca. Obok, w idealnym bezruchu, stała ona. Ta sama wilczyca, z łapą przy gojącej się ranie, którą trzymała lekko zgiętą w powietrzu. Za nią, w półmroku, rysowały się sylwetki trzech młodych wilków. Jej dzieci. Wycie ustało.
Janusz stał w progu boso, czując jak zimno ciągnie od ziemi. Wilczyca popatrzyła na niego długo, po czym pochyliła łeb – nisko, płynnie, bez jednego dźwięku. Potem odwróciła się i bezgłośnie poprowadziła swoje szczenięta w głąb lasu.
Rano nie znalazł ani śladów łap na ziemi, ani kropli krwi. Tylko oskubana skórka z zająca leżała na ławie. Janusz podniósł ją, powąchał i schował do kieszeni swojej starej, porannej kurtki. Każdego kolejnego dnia o świcie chodził w to samo miejsce przy strumieniu, ale nie napotkał już ani razu złotego spojrzenia.
