PL
Kocur z trasy 79
We wtorkowy poranek na Marszałkowskiej pachniało mokrym asfaltem, deszcz padał całą noc bez przerwy, a sygnalizacja na skrzyżowaniu z Alejami Jerozolimskimi od tygodni przełączała się o sekundę za późno, co znali wszyscy w okolicy i mimo to każdego ranka na nowo przeklinali.
Kuba Zawadzki, dwadzieścia trzy lata, kurier rowerowy w firmie dostawczej z Mokotowa, stał w korku swoim busem, bo kolega zachorował i on na jeden dzień przejął większe trasy. W radiu leciał jakiś serwis drogowy, kobiecy głos mówił o zatorze aż do ronda Dmowskiego, a Kuba wystukiwał palcami rytm na kierownicy, bo za dwanaście minut miał dostawę na Saskiej Kępie.
Wtedy to zobaczył. Między środkowym pasem a zaparkowaną koparką firmy budowlanej kuliło się coś małego i szarego, co przy każdym zawyciu silnika kurczyło się jeszcze bardziej. Kociak, może dwunastotygodniowy, z jednym uchem złamanym w dół, jakby dostał już kiedyś w nie porządnie.
Samochody za Kubą zatrąbiły, ledwie zaczął hamować. Mężczyzna w szarym audi opuścił szybę i coś krzyknął, czego Kuba nie zrozumiał i nawet nie chciał rozumieć. Włączył światła awaryjne, zostawił auto na środku pasa i wysiadł.
– No chodź, chodź tu – mruknął, kucając z otwartymi dłońmi skierowanymi ku górze, tak jak kiedyś widział w jakimś filmiku. Kociak parsknął, cofnął się o pół metra, prosto w stronę przeciwległego pasa. Dostawczak zahamował gwałtownie, opony zapiszczały na mokrej nawierzchni, kierowca uderzył otwartą dłonią w kierownicę.
Kuba nie miał już czasu na ostrożność. Zdjął bluzę z kapturem, zarzucił ją jak sieć na drżące zwierzę, podniósł je i przez materiał poczuł, jak małe serce bije o jego dłoń, za szybko i za mocno jak na tak małe ciałko. Wrócił do busa, położył zawiniątko na siedzeniu pasażera, tam gdzie zwykle leżały dokumenty dostaw, i po prostu ruszył dalej, bo za nim ustawiła się już cała kolejka aut, które nie mogły wyjechać ze skrzyżowania.
Dostawa na Saskiej Kępie dotarła dwanaście minut po czasie. Klient, starszy pan w szlafroku, zaczął się skarżyć na spóźnienie, dopóki nie zobaczył szarej główki wystającej z kaptura bluzy leżącej na fotelu pasażera. Potem już nic nie powiedział o spóźnieniu.
Po południu Kuba siedział z kociakiem w gabinecie weterynaryjnym przy placu Grzybowskim. Pani doktor Wilczek, bo tak nazywała się weterynarka, obmacała zwierzę, poświeciła mu w oczy, zważyła je na małej wadze. Dziewięćset gramów, wyraźna niedowaga, rozcięta lewa małżowina uszna wymagająca szycia, do tego pchły i lekkie odwodnienie. Koszt pierwszej pomocy: sześćset złotych, które Kuba bez wahania zapłacił kartą, choć wiedział, że w tym tygodniu nie kupi już nowych butów, których naprawdę potrzebował, bo stare rozpadały się przy podeszwie.
– Chce go pan zatrzymać? – zapytała weterynarka, owijając bandaż wokół ucha.
Kuba się zastanowił. W swoim dwupokojowym mieszkaniu na Pradze mieszkał sam, odkąd osiem miesięcy temu wyprowadziła się jego dziewczyna, zabierając ze sobą połowę kuchni, w tym ekspres do kawy, za którym tęsknił do dziś. Zwierzę nie było w planach. Ale kiedy kociak przestał się trząść i zaczął zamiast tego kopać w bandaż, tym uparcie zaczepnym ruchem, który niemal rozśmieszył Kubę, znał już odpowiedź.
– Tak. Nazwę go Bury.
Historia mogłaby się na tym skończyć, małym dobrym zakończeniem szarego warszawskiego wtorku. Ale trzy tygodnie później u Kuby zadzwonił telefon, numer, którego nie znał, z numerem kierunkowym z Wesołej.
– Dzień dobry, nazywam się Krystyna Osiecka. Wydaje mi się, że ma pan mojego kota.
Kuba wyjaśnił, że zwierzę nie miało chipa, że siedziało samo i ranne na ruchliwej ulicy, daleko od Wesołej, co najmniej dwadzieścia kilometrów. Pani Osiecka nie odpuszczała. Twierdziła, że jej kocur „Filemon" zniknął z ogrodu sześć tygodni temu, a sąsiadka pokazała jej zdjęcie, które Kuba przypadkiem wrzucił do grupy na Facebooku dla zaginionych zwierząt, żeby sprawdzić, czy ktoś nie szuka tego kota.
Spotkali się ostatecznie w kawiarni przy placu Zbawiciela, na neutralnym gruncie, jak zaproponował Kuba, bo nie chciał nikogo wpuszczać do mieszkania, zanim sprawa się nie wyjaśni. Pani Osiecka, kobieta koło sześćdziesiątki z naszyjnikiem ze sztucznych pereł, przyniosła zdjęcie – kocur o podobnym szarym umaszczeniu, ale z dwoma nienaruszonymi uszami.
– Bury ma uraz lewego ucha, który był od samego początku, zgodnie z opinią weterynarza – powiedział Kuba spokojnym głosem i położył na stole rachunek od doktor Wilczek, z datą, diagnozą i numerem chipa, który tymczasem kazał wszczepić. – Pani kocur na zdjęciu ma oba uszy w porządku. To nie jest to samo zwierzę.
Pani Osiecka wpatrywała się w kartkę, odwróciła ją raz, jakby druga strona mogła jej przyznać rację. Potem wstała, wymamrotała coś o nieporozumieniu i słabej pamięci, i wyszła z kawiarni, nie tknąwszy zamówionej kawy.
Dwa lata później Bury, teraz już postawny kocur z trwałym nacięciem w lewym uchu, siedzi na parapecie mieszkania na Pradze. Na dole przejeżdża z łoskotem tramwaj, a jego łapa stuka o zimną szybę, jakby chciał go zatrzymać. Kuba jeździ teraz sam takim tramwajem, w niebieskiej koszuli ZTM, na stałych zmianach, które wieczorem przywożą go punktualnie do domu. Od dawnego sąsiada z Wesołej dowiedział się, że prawdziwy kocur pani Osieckiej został znaleziony martwy w studzience kanalizacyjnej dwa tygodnie po tamtym spotkaniu w kawiarni, potrącony przez samochód, z oboma uszami całymi i nietkniętymi.
Kuba stawia na blacie nowy ekspres do kawy, pierwszy od ośmiu miesięcy, i rozrywa opakowanie. Bury zeskakuje z parapetu, trąca nosem karton i kładzie się dokładnie w jego środku.
