Connect with us

PL

Dom na rondzie przy alei Solidarności

Published

on

Nazywam się Ryszard Kubiak, mam pięćdziesiąt trzy lata i to ja byłem tym, który przez dziewięć lat mówił "nie" wszystkim, którzy chcieli mnie stamtąd wykurzyć. Teraz, kiedy siedzę na balkonie i słucham, jak pod oknami warczą silniki tirów jadących na obwodnicę Rzeszowa, ludzie pytają mnie: żałujesz? Odpowiadam im to, co odpowiadałem zawsze – że pytanie jest źle postawione.

Dom po rodzicach stał przy dawnej ulicy Krętej, tam gdzie teraz zbiega się węzeł drogowy łączący aleję Solidarności z nową trasą na Tyczyn. Kupili tę działkę w sześćdziesiątym siódmym roku, ojciec sam kładł dachówkę, ja jako dziecko podawałem mu cegły. Miałem tam ogród z czereśniami, komórkę na rowery, sąsiada Zenka, który co rano wyprowadzał swojego owczarka i pozdrawiał mnie przez płot, zanim jeszcze zdążyłem wyjść z domu w kapciach po gazetę.

W dwa tysiące szesnastym przyszli pierwsi ludzie z urzędu miasta. Mówili spokojnie, mieli teczkę, mapę, kalkulator. Zaproponowali osiemset dziewięćdziesiąt tysięcy złotych plus mieszkanie zastępcze na Baranówce, blok z wielkiej płyty, trzeci piętro bez windy. Odmówiłem. Nie dlatego, że byłem chciwy – po prostu wiedziałem, ile ta ziemia jest warta, i wiedziałem, że matka, zanim umarła, prosiła mnie, żebym nie sprzedawał tego domu za bezcen.

Przez kolejne dwa lata przychodzili jeszcze trzy razy. Podnosili kwotę, potem znowu podnosili, aż doszli do miliona stu tysięcy. Za każdym razem siadałem z żoną, Danutą, przy kuchennym stole, rozkładaliśmy papiery, liczyliśmy, kłóciliśmy się do trzeciej w nocy. Danuta chciała się przeprowadzić – miała dość tego, że sąsiedzi już powyprowadzali się jeden po drugim, że w oknach naprzeciwko paliło się coraz mniej świateł. Ja się uparłem. Powiedziałem jej wtedy zdanie, które teraz wraca do mnie w nocy jak echo: "To jest nasza ziemia, niech budują dookoła, jak chcą".

I zbudowali.

Nikt mnie nie ostrzegł, że tak dosłownie potraktują moje słowa. Ekipy budowlane przyjechały wiosną, geodeci wbili paliki po obu stronach mojej działki, zostawiając wąski, kilkunastometrowy pas, na którym stał dom, komórka i resztki sadu. Jezdnie poprowadzili łukiem, jedna z lewej, druga z prawej, i spotkały się z powrotem jakieś sto metrów dalej, za moim ogrodzeniem. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem to z drona sąsiada, który przyleciał sfilmować "ciekawostkę", zrozumiałem, że stworzyłem wyspę.

Zenek wyprowadził się rok wcześniej, dostał mieszkanie w Krakowie u córki, i teraz kiedy jadę do sklepu, muszę przechodzić podziemnym przejściem, które wybudowali specjalnie dla mnie, bo inaczej nie dałoby się bezpiecznie przejść przez cztery pasy ruchu.

Rok temu, w środku lipca, kiedy upał sięgał trzydziestu czterech stopni, a okna trzeba było trzymać zamknięte od hałasu i spalin, przyszła do mnie sąsiadka z bloku przy skrzyżowaniu, pani Halina, z którą znaliśmy się jeszcze z czasów, gdy stał tu jej dom rodzinny, sprzedany dawno i już rozebrany. Przyniosła słoik ogórków, usiadła na moim ganku, popatrzyła na hałas za płotem i powiedziała bez ogródek: "Ryszard, ty tu nie mieszkasz, ty tu przetrwałeś".

To zdanie utkwiło mi w gardle bardziej niż jakiekolwiek liczby, które kiedykolwiek mi proponowano.

Danuta odeszła ode mnie w zeszłym roku – nie umarła, po prostu spakowała walizki i wyjechała do siostry w Tarnowie, mówiąc, że nie da się już wytrzymać z ciszą przerywaną klaksonami o piątej rano i że wolałaby mieć zwykłe mieszkanie z sąsiadami zza ściany niż fortecę otoczoną betonem. Zostałem sam, z psem, w domu, do którego dojazd wymaga teraz specjalnego zjazdu oznaczonego znakiem "wyjątek – dojazd do posesji", żeby policja nie zatrzymywała mnie za wjazd na pas ruchu drogowego.

Miesiąc temu przyszedł do mnie prawnik, młody, w garniturze, którego wcześniej nie widziałem. Powiedział, że miasto już nie planuje kolejnych negocjacji, bo inwestycja została formalnie zamknięta, ale że jest inna opcja – firma deweloperska chce wykupić działkę pod stację paliw i punkt obsługi kierowców, bo ruch tranzytowy tutaj jest teraz ogromny, a miejsca na taką stację praktycznie nie ma nigdzie indziej w promieniu pięciu kilometrów. Zaproponowali milion czterysta tysięcy złotych, gotówką, przelew w ciągu trzydziestu dni od podpisania aktu.

Siedziałem z tą papierową teczką przez tydzień. Otwierałem ją i zamykałem, czytałem paragraf o zrzeczeniu się roszczeń, paragraf o terminie wyprowadzki – sześćdziesiąt dni. Myślałem o ojcu, o dachówce, o czereśniach, których już od dawna nie ma, bo uschły od spalin. Myślałem o Danucie i o tym, że ten dom, o który tak długo walczyłem, w końcu wygrał ze mną, a nie ja z nim.

We wtorek zadzwoniłem do notariusza w kancelarii przy Rynku i umówiłem się na podpisanie aktu na piątek. W środę zadzwoniłem do Danuty – pierwszy raz od ośmiu miesięcy – i powiedziałem jej, że sprzedaję, że przenoszę się do mniejszego mieszkania w spokojnej dzielnicy, może nawet bliżej Tarnowa, żeby było jej wygodniej przyjeżdżać, jeśli kiedyś zechce. Nie obiecała nic, ale nie odłożyła słuchawki od razu, tylko spytała, jaki metraż bierze się pod uwagę.

W piątek podpisałem akt notarialny. Pies siedział mi pod nogami, kiedy stawiałem podpis pod ostatnią stroną, a za oknem kancelarii, dwie ulice od mojego domu, słychać było ten sam warkot silników, który od lat budził mnie o świcie. Notariusz podał mi kopię dokumentu w niebieskiej teczce, uścisnęliśmy sobie dłonie. Firma miała wjechać z koparkami za dwa miesiące.

Zenkowi wysłałem SMS-a tego samego wieczoru: "Sprzedałem. W końcu przegrałem z drogą, ale wygrałem ciszę". Odpisał mi jedno słowo: "Nareszcie".

Click to comment

Leave a Reply

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься. Обов’язкові поля позначені *

4 + 16 =

Також цікаво:

CZ2 хвилини ago

Faktura na jméno tchyně

Servis na Vršovické ulici voněl olejem a čerstvou kávou z automatu, když Klára Bendová podepisovala poslední fakturu toho dne. Bylo...

PL12 хвилин ago

Trzynaście lat czekania w boksie numer siedem

Cztery lata czekania w boksie numer siedem Nazywam się Bożena, mam sześćdziesiąt jeden lat i od ośmiu lat robię wolontariat...

PL40 хвилин ago

Dom na rondzie przy alei Solidarności

Nazywam się Ryszard Kubiak, mam pięćdziesiąt trzy lata i to ja byłem tym, który przez dziewięć lat mówił "nie" wszystkim,...

HE47 хвилин ago

המפתח השלישי לחדר 214

רותי כהן ספרה את הכסף בקופה של בית ההארחה בפעם השנייה באותו בוקר, ומספר לא הסתדר לה. שמונה מאות שקל...

HE47 хвилин ago

המפתח השלישי לחדר 214

רותי כהן ספרה את הכסף בקופה של בית ההארחה בפעם השנייה באותו בוקר, ומספר לא הסתדר לה. שמונה מאות שקל...

PL59 хвилин ago

Marzec na Podhalu, taca

Nazywam się Wojciech Zborowski, mam trzydzieści dziewięć lat i przez dwanaście lat prowadziłem gospodarstwo agroturystyczne pod Białym Dunajcem razem z...

PL59 хвилин ago

Klucz do garażu numer siedemnaście

Nazywam się Barbara Wilczek, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzydziestu ośmiu prowadzę kwiaciarnię przy ulicy Kościuszki w Bydgoszczy, dwie...

PL60 хвилин ago

Klucze od pralni przy Wilczej

Nazywam się Bożena Kalicka, mam sześćdziesiąt jeden lat i od siedemnastu prowadzę pralnię chemiczną na rogu Wilczej i Poznańskiej, w...