З життя
Dwa tygodnie ciszy w bloku przy Kościuszki
Nazywam się Zenon Broda i mam sześćdziesiąt osiem lat. Mieszkam w Rzeszowie, na trzecim piętrze bloku przy ulicy Kościuszki, w mieszkaniu, które kupiliśmy z Grażyną w osiemdziesiątym trzecim za pieniądze z jej wyjazdu do pracy w Niemczech. To akurat pamiętam dokładnie, bo ona mi to wypomina średnio raz na miesiąc od czterdziestu lat.
Tamtego wtorku Grażyna pakowała torbę, żeby jechać do córki do Krakowa – wnuczka miała urodziny, siódme. Stałem w progu kuchni i patrzyłem, jak wpycha do reklamówki słoik z bigosem, jakby jechała na front, a nie na dwie godziny pociągiem. I wyrwało mi się. Powiedziałem: "Jedź już, jedź, może chwilę odpocznę od ciebie." Nie planowałem tego. Po prostu miałem dość tego bigosu, tej reklamówki, tego wszystkiego naraz.
Ona spojrzała na mnie tak, jakbym powiedział, że Ziemia jest płaska. Postukała się palcem w skroń, złapała torbę i wyszła trzaskając drzwiami tak, że sąsiadka z dołu, pani Halina, na pewno to słyszała przez wentylację – zawsze wszystko słyszy.
Zamknąłem drzwi na klucz i zatarłem ręce. Pomyślałem sobie: no, wreszcie. Cisza. Będę oglądał mecz Stali Rzeszów bez komentarza, że "znowu marnujesz wieczór na tę piłkę". Będę pił herbatę z cukrem, bo Grażyna zawsze mi wypomina cukrzycę, a lekarz przecież powiedział, że mam margines.
Pierwsze, co zrobiłem – wyniosłem kaktusa z parapetu w kuchni na balkon. Ten kaktus to był jej ukochany projekt, podlewała go łyżeczką, jakby to było dziecko. Potem rozłożyłem się w fotelu, tym starym, welurowym, który ona chciała oddać do skupu mebli używanych trzy lata temu, a ja się uparłem, że zostaje.
Przełączałem kanały. Nuda. Wyłączyłem telewizor. Przeszedłem się po mieszkaniu – cztery pokoje i pustka, jakby ktoś wyniósł meble, a zostawił tylko ściany. Koło południa odgrzałem sobie żurek, poparzyłem sobie palce o garnek, usiadłem przy stole i krzyknąłem z przyzwyczajenia: "Grażyna, podaj chleb!" Cisza. Nikt nie odpowiedział. Nawet nie zauważyłem, kiedy zacząłem mówić sam do siebie w tej kuchni.
Bez jej komentarzy nawet wiadomości w telewizji straciły sens – z kim mam się teraz kłócić o rząd, o ceny prądu, o to, że znowu podnieśli czynsz w spółdzielni? Wieczorem wyciągnąłem talię kart, tę wytartą, w którą gramy w tysiąca od trzydziestu lat, i przypomniałem sobie, jak ona mnie ograła w zeszłą środę i śmiała się z tego przez pół godziny.
Noc bez jej chrapania – bo to ona chrapie, nie ja, cokolwiek by mówiła – i bez porannego stukania garnkami o szóstej rano, była dziwnie za cicha. Nie mogłem spać. Leżałem i słuchałem, jak lodówka szumi, i to był jedyny dźwięk w całym mieszkaniu.
Następnego dnia byłem już nie do wytrzymania. Nawet ja to widziałem. Chodziłem po mieszkaniu jak struty, kuchnia wyglądała jak coś obcego, jakbym mieszkał w cudzym domu. Zjadłem tę zupę na zimno, bo nie chciało mi się jej odgrzewać drugi raz.
Do wieczora się poddałem. Zadzwoniłem do córki, Beaty, i poprosiłem, żeby dała mi mamę do telefonu. Przełknąłem dumę, która u mnie waży chyba z pięć kilo, i powiedziałem cicho: "Niedobrze mi samemu."
Grażyna wróciła po godzinie, bez słowa wyjaśnienia, jakby wiedziała, że i tak przyjedzie. Od razu obszła kuchnię, popatrzyła na garnek z zaskorupiałym żurkiem i zrugała mnie, że nie umiem po sobie posprzątać po sześćdziesięciu ośmiu latach życia. Kaktusa wniosła z powrotem z balkonu, postawiła na parapecie i podlała go, mówiąc do niego coś, czego nie usłyszałem.
Wieczorem znowu karty, herbata – tym razem bez cukru, bo pilnowała – i ten sam śmiech, co zawsze. Przegrałem trzy razy z rzędu i mruknąłem: "Z tobą nie ma spokoju… może byś jednak jeszcze pojechała gdzieś na wypoczynek?" Ona tylko machnęła ręką i zaczęła tasować karty od nowa.
Nie powiedziałem jej tego wtedy, ale wiedziałem już, że te dwa dni to była najgłupsza rzecz, jaką zrobiłem od czasu, kiedy sprzedałem fiata 126p sąsiadowi za pół ceny, bo się pospieszyłem. Rano poszedłem do piekarni na rogu i kupiłem jej bułki z makiem, te, które lubi, chociaż nigdy wcześniej sam po nie nie chodziłem. Postawiłem torebkę na stole obok jej filiżanki, nic nie mówiąc, i poszedłem włączyć czajnik, zanim zdążyła spytać, co mnie napadło.
