PL
Nikt nie wie, co będzie dalej. Rozdział o kluczach do warsztatu na Wilczej
Pierwsza rzecz, którą Wiktoria zobaczyła, wchodząc do kuchni, to była teczka z dokumentami leżąca na obrusie obok cukiernicy — jasnoniebieska, urzędowa, z napisem „Urząd Stanu Cywilnego" na okładce. Matka trzymała ją tak, jakby to była broń.
— Wyjaśnij mi, co to jest — powiedziała Barbara, popychając teczkę po stole. — Bo ja się chyba w ogóle nie znam na własnej córce.
W teczce był wniosek o zapowiedzi. Wypełniony, gotowy do złożenia. Podpis Wiktorii już tam był, brakowało tylko podpisu Kuby.
— To jest to, co myślę, że to jest — odpowiedziała Wiktoria, siadając naprzeciwko matki i nie odwracając oczu. — Chcemy się pobrać, mamo. I nie pytam już o zgodę, tylko informuję.
Barbara odłożyła widelec obok nietkniętego kawałka szarlotki i przez chwilę milczała, jakby zbierała siły.
— Wiktoria, córeczko, ty się śpieszysz — powiedziała w końcu. — Masz całe życie przed sobą! A tego chłopaka to skąd w ogóle znasz?
— Tato, poznaliśmy się w Sylwestra. Cztery miesiące. To było jak grom z jasnego nieba. On zostawił dla mnie swoją dziewczynę — wtrąciła się, choć pytanie było skierowane do matki, bo od progu kuchni stał już Tomasz z termosem w ręku.
— Też mi argument! On ma dwadzieścia jeden lat, może zostawić i ciebie dla kolejnej, pomyślałaś o tym? — odezwała się Barbara.
— No właśnie dlatego chcemy się pobrać, żeby nikt więcej nie musiał na nikogo patrzeć — odpowiedziała Wiktoria z uporem dziewiętnastolatki, która już wszystko postanowiła.
Barbara się roześmiała, choć śmiech wyszedł jej krótki i suchy.
— Naiwna jesteś! Kto się dziś żeni z takiego powodu? Jak on cię naprawdę kocha, to nigdzie nie zniknie! Niech Kuba poczeka, niech się wykształci. Przecież nikt was nie chce rozdzielać. My z tatą pokończyliśmy studia, sprawdziliśmy nasze uczucia, dopiero potem było wesele. Odłożymy trochę grosza, zrobimy wam porządne wesele. A teraz co? Ani kąta własnego, ani wykształcenia. Możecie mieszkać u babci, ona ma czteropokojowe na Ochocie. Ale to przeszkodzi w nauce!
— A jak dziecko się pojawi? — dodała babcia Zofia, odstawiając filiżankę na spodek z takim hukiem, że aż podskoczyła łyżeczka. — To dopiero będzie się działo. Rodzice na kontrakcie w Norwegii, a ze mnie jaki pożytek, mam siedemdziesiąt trzy lata. Jeszcze nie wiadomo, jak matka Kuby na to spojrzy. Ech, ta młodzież…
Babcia poszła do kuchni dolać wody do czajnika, a przez uchylone drzwi dobiegał zapach cynamonu, bo piekła szarlotkę na sobotę.
— W ogóle tak: wesele na razie odkładamy, ty się teraz skupiasz na maturze i na dostaniu się na studia. Dostaniesz się, będziesz się uczyć, spotykajcie się ile chcecie. Wesele dopiero potem! Sprawa zamknięta, bez dyskusji — powiedział stanowczo Tomasz. — Temat kończymy!
Kuba szedł do domu, przeżuwając w głowie to, co się wydarzyło u Wiktorii. Był wściekły, że rodzice odwodzą ją od ślubu. Co studia — studia nigdzie nie uciekną. A na uczelni pełno różnych chłopaków, jeszcze się zakocha w kimś i mu ją zabiorą. Nie, trzeba się żenić i nie odpuszczać. Samemu jeszcze trzeba skończyć technikum samochodowe, bo trochę zaniedbał naukę przez te zlecenia w warsztacie u wujka Artura. Żeby go tylko nie wylali.
Matka oglądała telewizję.
— Gdzie ty się szlajasz do tej pory? Dziś przecież nie ma dyskoteki — spytała z pretensją, nie odrywając oczu od ekranu.
— U Wiktorii byłem.
— Znowu te twoje Wiktorie! A naukę to kiedy będziesz robił? Dzwonili z technikum, opieprzali mnie, mówią, że się zupełnie zapuściłeś! Co ty sobie w ogóle myślisz?
— Ogarnę to wszystko, mamo. Mamo, chciałem ci coś powiedzieć — ja się żenię.
— Coooo? — matkę aż zerwało z kanapy. — Zwariowałeś do reszty? W dwudziestym pierwszym roku życia? Nawet o tym nie myśl!
— A co w tym złego? — odparł Kuba z buntem w głosie. — To moje życie, kochamy się z Wiktorią! I chcemy być razem!
— Z tą poprzednią, z Karoliną, to też się kochaliście! Ja siedziałam cicho, ale sąsiadka mi mówiła, że ta dziewczyna tu łaziła, jak mnie nie było w domu. A teraz ta… Dorosły jesteś, mądry? To idź, wynajmij sobie pokój, pracuj, żeń się! Tylko nikogo tu nie sprowadzaj! Rób co chcesz — sam za to odpowiadaj! Na mnie nie licz!
— Nie łazimy my nigdzie! — krzyknął Kuba. — A ona nie taka! Ona jest dobra! I ja ją kocham! I ona mnie kocha!
— To sobie kochajcie dalej. Żebyś w technikum wszystko nadrobił! Ostatnia klasa zostaje, przyszły rok! Skończysz, to rób co chcesz! — matka, oburzona, wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami tak, że zadrżał kredens z serwisem po babci.
Artur, wujek Kuby, wszedł do klatki tego samego wieczoru, żeby porozmawiać z Tomaszem — nie o ślubie, tylko o warsztacie na Wilczej, bo Kuba prosił go, żeby zapytał ojca Wiktorii, czy nie zechciałby czasem dorobić po godzinach jako księgowy, skoro warsztat rósł, a Artur sam już nie nadążał z fakturami. Rozmowa poszła lepiej, niż się spodziewał. Tomasz, choć wciąż zły na córkę, chętnie zgodził się pomóc — to było coś, co mógł kontrolować, w przeciwieństwie do uczuć Wiktorii.
Kiedy Artur wyszedł z klatki, przy skrzynkach na listy czekała na niego Halina, matka Karoliny. Złapała go za rękaw.
— To pan jest ten od tego dziecka Kuby? — spytała bez powitania. — Bo moja córka od miesiąca nie je, nie śpi, a wy tu urządzacie wesela!
Artur, zaskoczony, próbował się wytłumaczyć, że jest tylko wujkiem Kuby i przyszedł porozmawiać z Tomaszem o warsztacie, nie o żadnym ślubie. Ale Halina już się nie dała zatrzymać — powiedziała, że Karolina straciła przez Kubę pół roku życia, że jeździła do niego z drugiego końca miasta, że matka Kuby wiedziała o wszystkim i milczała, bo synalka rozpieszczała, i że ona, Halina, tego tak nie zostawi. Powiedziała to głośno, tak że w oknie na drugim piętrze zapaliło się światło i ktoś odsunął firankę.
Wiktoria usłyszała tę awanturę z okna swojego pokoju i zwątpiła — nie w Kubę, tylko w to, czy warto teraz walczyć z całym światem o ślub, skoro nawet obcy ludzie na klatce schodowej mają w tej sprawie zdanie.
Minęły trzy tygodnie. Wiktoria zdała maturę, dostała się na pedagogikę, a ślub — zgodnie z ustaleniami rodziców — przełożono na czas po pierwszym roku studiów. Kuba dokończył technikum, zaczął pracować na pełny etat w warsztacie wujka i odkładał pieniądze, nie na wesele, tylko na coś, o czym rodzicom nie powiedział ani słowa — na własny kąt.
Halina nie odpuściła. Poszła do matki Kuby i powiedziała jej wprost, że jeśli ten chłopak ożeni się z Wiktorią, to ona, Halina, opowie całej klatce, jak to naprawdę było z Karoliną — i że nie chodziło tylko o miłość, tylko o to, że Kuba zostawił Karolinę w ciąży, o czym nikt oprócz nich dwojga i lekarza z przychodni na Grójeckiej nie wiedział.
Ta wiadomość dotarła do Wiktorii inną drogą — od koleżanki z klasy, która znała kogoś, kto znał Karolinę. Wiktoria nie urządziła sceny w domu. Nie płakała przy rodzicach, nie krzyczała na Kubę. Poszła do niego do warsztatu, w sobotę, kiedy pracował sam, poprosiła, żeby powiedział prawdę raz, bez żadnych ale.
Kuba wytarł ręce w szmatę, odłożył klucz francuski na blat, dopiero potem zaczął mówić. Że Karolina rzeczywiście była w ciąży, że się przestraszył, że nie wiedział, co robić, że rodzice namówili ją na zabieg, zanim on w ogóle zdążył cokolwiek zdecydować, i że od tamtej pory nie potrafił spojrzeć w oczy ani jej matce, ani swojej.
— I miałeś mi to powiedzieć kiedy, Kuba? Po ślubie? Po tym, jak już bym podpisała wszystko, co trzeba? — Wiktoria stała przy warsztatowym stole, obok rozłożonych narzędzi, i mówiła spokojnym, wyraźnym głosem, który był straszniejszy niż krzyk. — Cztery miesiące dawałeś mi cały swój świat, a mnie się zdawało, że to i moja historia. A okazuje się, że to była tylko połowa.
— Bałem się, że jak powiem, to cię stracę.
— A teraz mnie tracisz na pewno, bo skłamałeś. Rozumiesz różnicę?
Kuba milczał. Wiktoria wzięła z blatu klucz francuski, obróciła go w palcach, odłożyła z powrotem — jakby potrzebowała czegoś, czego mogła dotknąć, żeby nie uciec z warsztatu od razu.
— Nie zrywam zaręczyn dzisiaj. Ale jeśli mamy się pobrać, to na moich warunkach. Umowa najmu, którą podpisujemy, będzie na oboje, ale depozyt sześć tysięcy złotych, który wpłacę z korepetycji, wraca do mnie, jeśli się rozstaniemy. I żadnych więcej sekretów, Kuba. Żadnych.
Kuba skinął głową i podpisał umowę najmu miesiąc później, dokładnie na warunkach, które podyktowała mu Wiktoria — bez słowa sprzeciwu, z depozytem zapisanym na jej nazwisko.
Kiedy Halina przyszła jeszcze raz, tym razem już nie na klatkę schodową, tylko prosto do warsztatu na Wilczej, żeby postraszyć Kubę sprawą w sądzie rodzinnym, Wiktoria była tam z nim.
— Jeśli Karolina chce ustalić alimenty czy cokolwiek związanego z tamtą historią, droga prowadzi do sądu, a nie do garażu na Wilczej — powiedziała Wiktoria, nie podnosząc głosu. — Ja nie mam zamiaru uciekać od tego tematu. Ale też nie pozwolę robić z siebie ofiary cudzej przeszłości.
Halina otworzyła usta, jakby chciała coś jeszcze dodać, ale nie znalazła słów. Popatrzyła na Kubę, potem na Wiktorię stojącą tuż obok niego, ramię przy ramieniu, i wyszła, zatrzaskując za sobą metalową bramę warsztatu tak, że echo poszło po całej ulicy.
Nigdy więcej nie przyszła.
Wieczorem, gdy warsztat opustoszał, Kuba zamknął bramę na klucz i podał go Wiktorii.
— Trzymaj. Artur mówi, że jak zdasz na pedagogikę i będziesz miała wolne popołudnia, to może się przydać ktoś do prowadzenia papierów. Tomasz się zgodził pomóc mu z księgowością, więc pomyślałem, że… że to mogłoby być też twoje miejsce. Nie tylko moje.
Wiktoria wzięła klucz, zamknęła go w dłoni.
— To dopiero będzie się działo — powiedziała, a w jej głosie, po raz pierwszy od tygodni, nie było już ani śladu wątpliwości.
