PL
Znikąd
Do odjazdu pociągu z Katowic Głównych zostało osiem minut, a Bartek Wolański już żałował, że nie zdążył złapać Magdę za rękaw.
– Mówiłem ci, zostaw je! Ile razy trzeba powtarzać? Pociąg zaraz odjedzie, urlop diabli wezmą przez dwa koty.
Przy skwerku obok dworca, tam gdzie stoją automaty z biletami i pachnie zimnym dymem papierosowym zmieszanym z kawą z McCafe, bawiły się dwa czarne kocięta. Bracia. Nikt na nich nie patrzył – ludzie mijali je w pośpiechu, wpatrzeni w telefony, licząc minuty do odjazdu swoich połączeń. Gdzieś z głośników zapowiadano opóźnienie pociągu do Krakowa, ktoś przeklinał pod nosem, że znowu remont torów.
Kocięta za każdym razem, gdy słyszały kroki, zamierały i patrzyły w stronę przechodzących, jakby czekały, że ktoś się zatrzyma. Kiedy kroki cichły, wracały do zabawy – gonienia się nawzajem, ćwiczenia pazurków na starej kartonowej pace po piwie, którą ktoś zostawił przy śmietniku.
Matka przynosiła im jedzenie ze śmietnika za budką z kebabem, ale zniknęła osiem dni temu. Uprzedzała je jakby, że tak może się zdarzyć – koty to czują – i teraz musiały radzić sobie same. Nie żeby były temu przeciwne, gdyby ktoś zechciał pomóc. Ludzie jednak wolą powtarzać to samo zdanie od pokoleń: "Nie dotykaj, bo pecha przyniesie."
Pierwsza była starsza kobieta, która złapała wnuczkę za rękę i pociągnęła w drugą stronę, mrucząc coś pod nosem o czarnych kotach przechodzących drogę. Potem młoda matka odsunęła synka, gdy ten chciał pogłaskać futerko. Inni po prostu omijali ławkę szerokim łukiem, jakby kocięta miały jakąś chorobę.
I znowu to samo.
– Nie dotykaj ich, mówię ci! – krzyknął Bartek do swojej dziewczyny.
Magda nie mogła się powstrzymać. Najpierw stanęła, patrząc jak dwa czarne kłębki tarzają się po trawie. Potem postawiła torebkę na ławce i podeszła bliżej. Dzieci jeszcze nie miała, ale coś w niej – ten sam instynkt, który każe kobiecie zatrzymać się przy płaczącym dziecku obcych ludzi – kazało jej podejść.
– Magda, słyszysz mnie w ogóle? – Bartek postawił swoją torbę podróżną na ławce obok jej torebki i podszedł szybkim krokiem. – Zostaw je, proszę cię. Chodźmy, bo pociąg odjedzie bez nas!
Magda zrobiła po swojemu. Uklękła, pogłaskała jedno kocię, potem drugie, uśmiechnęła się do nich i wzięła oba na ręce, przyciskając je do bluzy. Poczuła, jak mruczą – cicho, urywanie, jakby same nie wierzyły, że ktoś je w końcu dotknął z czułością.
– Magda, co ty wyprawiasz? Po co je bierzesz? Nie wiesz, że…
– A co niby powinnam wiedzieć?
– Że czarne koty przynoszą pecha, no! Moja babcia zawsze mówiła: czarny kot przebiegnie drogę – zawróć. A ty je bierzesz na ręce, do torby chcesz je wsadzić czy co?
Magda spojrzała na zegarek na dworcowej wieży – do odjazdu zostało pięć minut – i przycisnęła kocięta mocniej.
– Bartek, one są głodne. Popatrz na nie, żebra widać przez futro. Ich mama zniknęła. Zostaw je tu, to za tydzień będzie po nich, złapie je jakiś pies albo ktoś je przejedzie na parkingu.
– To nie nasz problem! Mamy pociąg do Sopotu, hotel opłacony, rezerwację w tej knajpce z rybą na jutro wieczór. Nie możemy jechać z dwoma kotami!
– Możemy jechać bez wakacji.
Powiedziała to spokojnie, ale twardo, i Bartek zrozumiał, że to nie jest zdanie, które da się przegadać. Spojrzał na tablicę odjazdów – pociąg za cztery minuty – potem na te dwie pary żółtych ślepek wystających znad jej bluzy, potem znowu na Magdę.
– Dobra. Bierzemy je. Ale jak babcia się dowie, że przez czarne koty spóźniliśmy się na pociąg, to nas wyśmieje do końca życia.
Pobiegli na peron, Bartek z bagażami, Magda z kotami owiniętymi w jego kurtkę, którą zerwał z ramion w biegu. Zdążyli – drzwi zamknęły się dosłownie za nimi, konduktor pokręcił głową na widok dwóch zdyszanych futrzaków wystających z kurtki.
W przedziale kocięta, wystraszone hukiem pociągu, wcisnęły się w kąt pod siedzeniem i tam przeleżały pierwszą godzinę, drżąc. Magda co chwilę schylała się, żeby sprawdzić, czy oddychają. Bartek udawał, że czyta coś w telefonie, ale co jakiś czas zerkał w tę samą stronę.
W Sopocie zamiast do hotelu poszli najpierw do lecznicy weterynaryjnej przy ulicy Grunwaldzkiej, bo recepcjonistka w hotelu, zobaczywszy kocięta, tylko westchnęła i podała adres. Weterynarz, mężczyzna po pięćdziesiątce z siwą brodą, obejrzał oba kocięta, zważył je – niecałe pół kilograma każde – i powiedział, że mają najwyżej sześć tygodni i szczęście, że przeżyły tydzień same.
– Odrobaczenie, szczepienie na razie odpuśćmy, za młode. Mleko dla kociąt kupcie w aptece dla zwierząt, nie krowie, bo im zaszkodzi. I ciepło – zero klimatyzacji.
Hotel zgodził się na koty za dodatkową opłatą – sto dwadzieścia złotych za cały pobyt, zapisane w regulaminie jako "opłata za zwierzę". Bartek zapłacił bez słowa sprzeciwu, choć jeszcze rano twierdził, że nie ma miejsca w ich życiu na kolejne obowiązki.
Przez resztę urlopu – dziewięć dni nad morzem – kocięta rosły w oczach. Nauczyły się jeść z miseczki, przestały chować się pod meblami, a w nocy jedno z nich, to mniejsze, zawsze zasypiało na klatce piersiowej Bartka, mrucząc mu prosto w brodę. Nazwali je Sadza i Węgiel – bo przecież ktoś musiał je jakoś nazwać, a czarne były jak węgiel prosto z kopalni.
Wracając do Krakowa, Magda zadzwoniła do matki Bartka, żeby uprzedzić o dwóch nowych domownikach. Babcia, ta sama, która wróżyła z czarnych kotów, akurat była na wizycie i usłyszała rozmowę przez głośnik.
– Powiedz mu – krzyknęła do słuchawki – że jak te koty przyniosą pecha, to ja umywam ręce!
Minęło jedenaście miesięcy. Bartek dostał awans w firmie, w której pracował – stanowisko kierownika działu, o które starał się od dwóch lat. Magda zaszła w ciążę, co przy ich staraniach trwających osiemnaście miesięcy uznali za cud, a nie pecha. Babcia, gdy zobaczyła Sadzę śpiącą na kołdrze wnuka podczas świąt, przyniosła jej specjalnie kupiony w Biedronce kawałek szynki i powiedziała tylko:
– No dobra, może i nie każdy czarny kot jest taki sam.
Dziś, kiedy ktoś pyta Magdę, dlaczego wzięli akurat te dwa kocięta ze skwerku przy dworcu, ona nie tłumaczy się przesądami ani nie przekonuje nikogo do zmiany zdania. Po prostu pokazuje zdjęcie na telefonie – dwa czarne koty śpiące w nogach łóżeczka, które od miesiąca stoi w ich sypialni, czekając na córkę.
