Connect with us

PL

Kasztan na gzymsie kościoła Świętej Jadwigi

Published

on

Dziewiętnaście dni na gzymsie kościoła Świętej Jadwigi

Pani Basia z parteru mówi, że to ona pierwsza go zauważyła, ale prawda jest taka, że zauważyli go wszyscy naraz, bo trudno nie zauważyć rudego kota, który siedzi na wąskim gzymsie wieży kościoła Świętej Jadwigi na wysokości trzeciego piętra i miauczy tak, że słychać go aż na przystanku tramwajowym.

Kot nazywał się Kasztan. Imię wymyśliła mu pani Grażyna, która sprzedaje kwiaty przy cmentarnej bramie od dwudziestu trzech lat i która pierwsza zaczęła go dokarmiać, kiedy jeszcze był chudym kociakiem grzebiącym w koszach za piekarnią na Kwiatowej. Z czasem Kasztan przestał być bezdomnym kotem, a stał się kimś w rodzaju sąsiada. Dzieci ze szkoły podstawowej numer siedem głaskały go po drodze na lekcje. Ministranci zostawiali mu resztki po śniadaniu w zakrystii. Stary Edward, który od zawału nie wychodzi dalej niż do ławki przy plebanii, trzymał dla niego w kieszeni płaszcza puszkę Whiskasa.

I właśnie dlatego, kiedy nowy proboszcz, ksiądz Zdzisław, kazał kościelnemu przepędzić kota z terenu parafii, cała ulica huczała jeszcze przez tydzień.

— Brudzi, roznosi pchły, płoszy gołębie na wieży — tłumaczył proboszcz na zebraniu rady parafialnej, jakby kot był jakąś epidemią, a nie zwierzęciem, które przez trzy lata nikomu nic złego nie zrobiło.

Kościelny, pan Mirek, wykonał polecenie sumiennie. Puścił za Kasztanem petardę koło komórki na narzędzia, żeby ten uciekł w stronę parku. Tyle że kot, przestraszony hukiem, rzucił się nie w stronę parku, tylko w górę — po rusztowaniu, które od miesiąca stało przy elewacji wieży, bo ktoś w końcu postanowił odnowić fasadę przed wizytą biskupa.

Dotarł na sam szczyt, na wąski kamienny gzyms tuż pod zegarem. I tam utknął.

Dziewiętnaście dni. Tyle to trwało.

Straż pożarna z ulicy Reymonta przyjeżdżała trzykrotnie i za każdym razem odjeżdżała z niczym — drabina nie sięgała, a kot, przerażony hałasem silnika, wciskał się głębiej w kamienną niszę. Ktoś zaproponował drona z kamerą, ktoś inny chciał wynająć alpinistę z firmy, która myje okna w biurowcach na Grunwaldzkiej. Proboszcz milczał, jakby cała ta historia w ogóle go nie dotyczyła, choć to jego decyzja rozpętała lawinę.

Pani Grażyna codziennie rano stawiała na parapecie okna zakrystii miskę z wodą i puszką tuńczyka, choć Kasztan był za wysoko, żeby to poczuć. Robiła to i tak. Dzieci ze szkoły, wracając z lekcji, zadzierały głowy, licząc dni na palcach — czwarty, siódmy, dwunasty. Ktoś przykleił na słupie ogłoszeniowym przy przystanku kartkę: „Kasztan trzyma się, dzień 14”. Codziennie ktoś dopisywał nowy numer.

Szesnastego dnia zrobiło się chłodno, temperatura w nocy spadła do sześciu stopni, i wtedy do sprawy wtrąciła się Ewa Michalak, wolontariuszka ze schroniska na Marysinie, kobieta, która od ośmiu lat wyciąga koty z kanałów, z drzew i raz nawet z kominowego wywietrznika. Przywiozła własną drabinę teleskopową, uprząż wspinaczkową i pół kilo suszonej wątróbki drobiowej. Nie czekała na zgodę proboszcza — po prostu poprosiła kościelnego o klucz do zakrystii, żeby dostać się na dach od strony wewnętrznej klatki schodowej.

Wchodziła powoli, krok po kroku, rozmawiając z kotem cały czas cichym, równym głosem, jakby opowiadała mu bajkę na dobranoc. Kasztan wcisnął się w róg gzymsu, sierść najeżona, oczy wielkie jak dwie monety pięciozłotowe. Ewa wyciągnęła kawałek wątróbki i położyła go na dłoni, nie ruszając się z miejsca przez dobre dwadzieścia minut.

I wtedy kot zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał. Podszedł sam. Otarł się o jej rękaw, jakby te dziewiętnaście dni głodu i strachu nagle przestały się liczyć, i pozwolił się wziąć na ręce bez jednego drapnięcia.

Na dole, przy wejściu do zakrystii, czekał już tłum — pani Grażyna z pustą klatką transportową, Edward ze swoją puszką Whiskasa, dzieciaki ze szkoły, które akurat wracały z ostatniej lekcji i rzuciły plecaki na trawnik, żeby zobaczyć, jak to się skończy. Kiedy Ewa zeszła z Kasztanem owiniętym w swój własny szalik, ktoś zaczął klaskać, i po chwili klaskali wszyscy, nawet kościelny Mirek, który przecież tę całą historię zaczął.

Ksiądz Zdzisław wyszedł z plebanii dopiero wtedy, kiedy zobaczył zbiegowisko przez okno. Stanął w progu, patrząc na tłum sąsiadów trzymających kota jak trofeum, i nie powiedział ani słowa. Nikt go zresztą o zdanie nie pytał.

Dyrektorka szkoły podstawowej numer siedem, pani Halina Wesołowska, zaproponowała, żeby Kasztan zamieszkał na dobre na szkolnym podwórku — jest tam stróżówka z ogrzewaniem, jest woźny, który akurat lubi koty, i codziennie przechodzi tamtędy trzysta dzieciaków gotowych dzielić się kanapką. Tego samego wieczoru rada rodziców, zebrana naprędce w świetlicy, spisała krótkie porozumienie: szkoła bierze na siebie opiekę weterynaryjną, karmę funduje sklep spożywczy pana Tadeusza z rogu, a klucz do stróżówki, w razie mrozu, ma zarówno woźny, jak i pani Grażyna.

Kasztan mieszka tam do dziś. Leży na parapecie w sekretariacie, kiedy pada deszcz, i wychodzi na dziedziniec, kiedy słyszy dzwonek na przerwę. Weterynarz z przychodni na Polnej sprawdził go tydzień później — nic złamanego, tylko lekkie odwodnienie i rana na łapie, która zagoiła się w dziesięć dni.

Kartka na słupie ogłoszeniowym wisi tam nadal, choć już wyblakła od słońca. Ktoś dopisał na niej ostatnią linijkę, inną ręką, długopisem, który już prawie nie pisze: „Dzień 19. Wrócił do domu.”

Click to comment

Leave a Reply

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься. Обов’язкові поля позначені *

20 − 16 =

Також цікаво:

PL12 хвилин ago

Walizka pod drzwiami przy Portowej

Marcin Wieczorek wtoczył się do mieszkania w Gdyni tak, jakby wrócił z wojny, nie z delegacji. Walizka na kółkach uderzyła...

PL27 хвилин ago

Halina rozdaje kartki bez czytania

Pracuję u notariusza Wieczorka przy placu Nowy Targ we Wrocławiu już jedenaście lat, siedzę na recepcji, parzę kawę, umawiam terminy...

PL57 хвилин ago

Kasztan na gzymsie kościoła Świętej Jadwigi

Dziewiętnaście dni na gzymsie kościoła Świętej Jadwigi Pani Basia z parteru mówi, że to ona pierwsza go zauważyła, ale prawda...

DE1 годину ago

Das Gift, das in Sharonas Teetasse zurückblieb

Bernd Fischer führte seine Autowerkstatt in Duisburg-Marxloh seit einunddreißig Jahren, und seine Stärke gründete auf einem einzigen einfachen Prinzip: Niemand...

PL1 годину ago

Trzy godziny na krześle, a firma miała już nową właścicielkę

Do recepcji Zakładów Włókienniczych „Pomorzanka" w Bydgoszczy weszła kobieta w podeszłym wieku, wsparta na drewnianej lasce. Prosty płaszcz, znoszone buty,...

PL1 годину ago

Siedemset dwadzieścia gramów

Korytarz na trzecim piętrze szpitala przy ulicy Kopernika w Poznaniu o trzeciej nad ranem pachnie płynem do dezynfekcji i kawą...

PL2 години ago

Klucze, których już nie ma

O 5:58 w niedzielny poranek usłyszałam, jak klucz wchodzi w zamek moich drzwi wejściowych. Wsunął się. Przekręcił. Zatrzymał się w...

PL3 години ago

Zamek na lodówce Grażyny z Bemowa

Nazywam się Halina, mam pięćdziesiąt osiem lat i od jedenastu lat prowadzę osiedlowy sklep spożywczy przy ulicy Deotymy na Bemowie....