PL
Miś dla Bąbelka z gospodarstwa pod Olkuszem
Dorota Wiśniewska pierwszy raz usłyszała o tym maleńkim kangurku od sąsiada, który prowadził niewielkie mini-zoo przy drodze na Wolbrom. Zadzwonił do niej we wtorek wieczorem, głosem łamiącym się od zmęczenia — od trzech dni szukał kogoś, kto zajmuje się osieroconymi zwierzętami, bo jego żona miała alergię i nie mogła trzymać młodego w domu.
— Znaleźli go pod ogrodzeniem, sam. Matki nigdzie. Chyba potrącił ją samochód na trasie, tam gdzie zawsze jeżdżą za szybko.
Dorota od dziesięciu lat prowadziła w swoim gospodarstwie coś, co lokalna gazeta nazwała raz "azylem dla przypadków bez szans" — kilka wybiegów, stary budynek po oborze przerobiony na izolatki, i telefon, który dzwonił zwykle w najgorszych momentach. Tego wieczoru na dworze było minus dwa, śnieg leżał już od tygodnia, a ona miała akurat rozgrzebaną skrzynkę bezpieczników w kurniku.
Zwierzątko przywieziono jej w kartonie po bananach, owinięte w stary sweter. Miało może pół roku, wagę niewiele większą niż kotka, i drżało tak, że karton trzęsł się na siedzeniu pasażera. Dorota od razu zauważyła, że jego oczy nie zatrzymują się na niej ani na wnętrzu samochodu — biegały w bok, jakby szukały czegoś, co powinno tam być, a nie było.
— Ile on tak chodził sam? — zapytała.
— Nie wiem. Dwa dni? Trzy?
Nikt tego nie wiedział na pewno. To, co Dorota wiedziała z doświadczenia, było gorsze niż niewiedza: młody kangur bez matczynej torby to zwierzę, które w naturze po prostu nie przeżywa. Torba to nie tylko miejsce do spania. To ciepło, które regulowało mu temperaturę ciała, to zapach, który mówił mu, że jest bezpieczny, to jedyny dom, jaki znał od urodzenia. Bez tego każda minuta była dla niego czymś nieznanym i przerażającym.
Pierwszej nocy nazwała go Bąbelek — bo skulony w kącie klatki wydawał z siebie dziwny, cichy pomruk, coś między chrząknięciem a bąbelkiem powietrza. Nie jadł. Nie chciał butelki z ciepłym mlekiem zastępczym, które Dorota przygotowała według przepisu od weterynarza z Krakowa. Odwracał pyszczek od miski, od jej dłoni, od wszystkiego.
Trzeciego dnia, kiedy termometr w izolatce pokazał, że temperatura ciała Bąbelka spadła niebezpiecznie poniżej normy, Dorota poszła do szafy na strychu, gdzie trzymała rzeczy po córce, która wyjechała już z domu na studia do Wrocławia. Znalazła tam starego pluszowego misia, wypłowiałego, z jednym uchem trochę pogryzionym przez psa jeszcze piętnaście lat temu. Wsadziła go do klatki, nie oczekując właściwie niczego — po prostu chciała dać zwierzątku coś, co przypominałoby fakturę i objętość matczynego brzucha.
To, co zobaczyła pół godziny później, zapamiętała na długo. Bąbelek podszedł do misia, obwąchał go dwa razy, a potem złapał go przednimi łapkami z siłą, jakiej nikt by się nie spodziewał po takim wychudzonym stworzeniu. Wtulił pyszczek w sztuczny futrzasty brzuch i już go nie puścił. Zwinął się wokół pluszaka w kulkę, tak jak wcześniej próbowałby zwinąć się w torbie matki, i po raz pierwszy od trzech dni zasnął, bez tego drżenia, które szło od niego jak fala.
Od tamtej pory miś nie odstępował Bąbelka na krok. Dorota zauważyła, że kangurek najsilniej trzymał zabawkę wtedy, gdy w gospodarstwie szczekały psy albo gdy przez podwórko przejeżdżał traktor sąsiada — dźwięki, które przypominały mu prawdopodobnie o czymś, czego nie umiał nazwać, ale czego bał się instynktownie. W te momenty zaciskał łapki na sztucznym futrze tak mocno, że materiał w miejscach szwów zaczął się przecierać.
Mleko zaczął pić dopiero wtedy, gdy Dorota nauczyła się podawać butelkę tak, by miś leżał przy nim oparty o jej przedramię — jakby imitowała w ten sposób ciepło ciała, które kangurek pamiętał, choć nie umiał go już opisać. Przez pierwsze dwa tygodnie budziła się do niego co trzy godziny, tak jak do noworodka, notując wagę w zeszycie, który leżał na kuchennym stole razem z rachunkami za prąd i listą zakupów.
Miesiąc później Bąbelek ważył już prawie trzy razy więcej niż w dniu przyjazdu. Zaczął wychodzić z izolatki na mały wybieg obok domu, zawsze z miśiem wetkniętym pod bok, czasem ciągnąc go po trawie jak dziecko ciągnie za sobą zabawkę na sznurku. Sąsiadka, która przychodziła pomagać przy sprzątaniu wybiegów, powiedziała raz, że nigdy w życiu nie widziała czegoś równie śmiesznego i równie smutnego naraz.
Weterynarz z Krakowa, doktor Zieliński, który przyjeżdżał co dwa tygodnie na kontrolę, przy trzeciej wizycie zauważył coś, co zmieniło podejście Doroty do całej sprawy. Zapytał, czy próbowała już wprowadzić Bąbelka do grupy innych osieroconych kangurów, które trzymała w drugiej części gospodarstwa — trójki rudych kangurów przywiezionych po pożarze lasu koło Zawiercia dwa lata wcześniej.
— Nie chcę, żeby stracił misia. Boję się, że inne go odrzucą, a on zostanie sam z niczym.
— Właśnie dlatego trzeba spróbować teraz, kiedy jeszcze ma coś, co go trzyma w kupie. Za miesiąc będzie za duży, żeby się bać nowych rzeczy tak samo jak boi się teraz.
Dorota postawiła klatkę z Bąbelkiem przy siatce oddzielającej wybiegi, zostawiając misia w środku. Trzy dni obserwowała, jak stare kangury z blizną po ogniu na sierści podchodzą do siatki, obwąchują nowego, wracają, znowu podchodzą. Czwartego dnia otworzyła przejście.
Bąbelek wyszedł z miśiem w łapkach. Reszta grupy zareagowała, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie — jeden z rudych, największy samiec zwany przez Dorotę Kapralem, podszedł, obwąchał zabawkę, i po chwili po prostu odwrócił się i zaczął jeść trawę dwa metry dalej, jakby uznał sprawę za zamkniętą. Bąbelek stał jeszcze chwilę nieruchomo, potem usiadł na tylnych łapach, miś wciąż przy nim, i obserwował resztę stada.
Przez następne tygodnie Dorota widziała, jak coś się w nim zmienia — nie od razu, nie w jednym momencie, który mogłaby zapisać w zeszycie z datą. Zaczął oddalać się od misia na dłużej, najpierw o metr, potem o dziesięć, żeby paść się razem z innymi. Wracał do niego wieczorem, do budy z sianem, gdzie zabawka leżała czekając, ale w ciągu dnia coraz częściej biegał z Kapralem i dwiema samicami po całym wybiegu, zostawiając misia samego na trawie.
Rok później, kiedy Bąbelek osiągnął wagę dorosłego samca i mógł już zostać przeniesiony do dużego rezerwatu koło Rogowa, który współpracował z gospodarstwem Doroty od lat, przyszła pora na decyzję. Zabawki nie zabiera się do rezerwatu — to Dorota wiedziała od początku, choć nikomu tego nie mówiła głośno, żeby nie brzmiało to jak wyrok. Zwierzę musiało nauczyć się żyć bez podpórki, bo tam, dokąd jechał, nikt nie będzie mu przynosił misia do budy.
W dniu transportu Dorota zostawiła zabawkę w kącie starej izolatki, tej samej, w której Bąbelek spędził pierwsze tygodnie. Miś, wytarty teraz do gołej nitki, z drugim uchem oskubanym przez lata przytulania, wciąż stoi tam na półce, między rachunkami za siano i listą leków dla kolejnych podopiecznych. Dorota od czasu do czasu bierze go do ręki, kiedy przywożą jej nowego malucha, który trzęsie się w kartonie na siedzeniu samochodu — i wtedy wsadza go do klatki, dokładnie tak jak wtedy, bez wielkich oczekiwań, tylko z jednym cichym pytaniem, czy tym razem też zadziała.
