Connect with us

PL

Serwetka z hotelu Riu Palace, siedemset dwadzieścia złotych za noc

Published

on

Pracuję jako recepcjonistka w biurze podróży przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi już jedenaście lat i myślałam, że widziałam wszystko. Reklamacje, spóźnione samoloty, zgubione bagaże. Ale tamten telefon z Zanzibaru zapamiętam do końca życia.

Zadzwoniła do nas pani Halina Wróblewska, sześćdziesiąt trzy lata, emerytowana nauczycielka z Bałut. Wykupiła u nas dwutygodniowy pobyt all inclusive dla siebie i córki, Moniki, żeby uczcić trzydzieste urodziny tej drugiej. Odkładała na ten wyjazd trzy lata, po osiemset złotych miesięcznie z emerytury. Dziewięć tysięcy sześćset złotych, pamiętam tę kwotę, bo sama wystawiałam fakturę.

Dzwoniła nie do mnie zresztą — dzwoniła na infolinię, ale że akurat siedziałam przy biurku i to ja ją obsługiwałam przy rezerwacji, przełączono ją do mnie. Głos miała łamiący się, jakby biegła albo płakała, trudno było rozróżnić.

— Proszę pani, ja nie wiem, co robić — powiedziała. — Monika. Moja córka.

Okazało się, że trzeciego dnia pobytu Monika źle się poczuła. Gorączka, wysypka na brzuchu, potem na rękach. Miejscowy lekarz w hotelowej przychodni orzekł infekcję pasożytniczą — coś, co można złapać po kąpieli w niefiltrowanej wodzie albo po zjedzeniu nieumytych owoców z lokalnego straganu. Nie było w tym niczyjej winy, tak to po prostu bywa w tamtym klimacie. Ale przebieg był gwałtowny. Trzeciego dnia wysypka, piątego dnia Monika już nie wstawała z łóżka, mówiła, że boli ją każdy staw.

Pani Halina zadzwoniła do nas, bo hotel żądał zaliczki za transport do prywatnej kliniki w Stone Town — nie chcieli wysłać karetki, dopóki ktoś nie zapłaci z góry, a ubezpieczenie podróżne, które wykupiła u nas jako opcję dodatkową, akurat w tym pakiecie nie obejmowało leczenia pasożytniczego, tylko nagłe wypadki. Nikt jej tego przy sprzedaży nie wytłumaczył jasno.

Siedziałam wtedy w małym pokoju za ladą, za oknem akurat przejeżdżał tramwaj linii jedenaście, słyszałam zgrzyt szyn, i trzymałam słuchawkę tak mocno, że knykcie zrobiły mi się białe. Pani Halina płakała już otwarcie.

— Ja mam przy sobie dwieście dolarów gotówki i kartę, na której jest sto złotych, bo resztę wydałyśmy na wycieczki — mówiła. — Oni chcą sześćset dolarów za transport i pierwszą dobę w klinice. Ja nie mam skąd tego wziąć, tu nie ma bankomatu, który by mi wypłacił więcej, limit mam zablokowany.

To nie była moja sprawa służbowa, w takich momentach powinnam przekazać sprawę do działu reklamacji i ubezpieczyciela, tak nas uczono. Ale coś we mnie kazało zostać na linii. Może dlatego, że sama mam matkę po siedemdziesiątce, może dlatego, że słyszałam w tle, jak ktoś jęczy — pewnie Monika, leżąca na hotelowym łóżku, podczas gdy jej matka błaga obcą kobietę z Łodzi o pomoc.

Zapisałam numer rezerwacji, nazwisko hotelu, dane kliniki i zadzwoniłam na numer alarmowy naszego ubezpieczyciela.

Odebrała kobieta, przedstawiła się jako Ewelina, powtórzyła numer polisy, po czym po minucie przeglądania systemu powiedziała chłodno:

— Pakiet numer trzy nie obejmuje chorób pasożytniczych, tylko nagłe wypadki. Nie mogę wystawić gwarancji na to zdarzenie. Proszę poinformować klientkę, że koszty leczenia idą na jej rachunek, a zwrotu może szukać po powrocie, jeśli uzna, że przypadek się kwalifikuje. Życzę miłego dnia.

Odłożyła, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Zadzwoniłam drugi raz, dwie minuty później, trafiłam znowu na Ewelinę. Powtórzyła to samo, tym razem już z wyraźnym zniecierpliwieniem w głosie, że nie ma nic do dodania, że polisa jest polisą. Poprosiłam o przełożonego. Powiedziała, że kierownik zmiany jest zajęty i oddzwoni w ciągu dwóch godzin. Dwie godziny to była wieczność, kiedy w tle słyszałam, jak ktoś jęczy przez telefon z drugiego końca świata.

Zadzwoniłam trzeci raz. Powiedziałam, że nie rozłączę się, dopóki ktoś z decyzyjnością nie podejdzie do słuchawki, że będę czekać na linii choćby godzinę, bo klientka nie ma czasu. Ewelina westchnęła, ale przełączyła mnie do niejakiego pana Kowalika, kierownika działu likwidacji szkód. Powtórzyłam całą sytuację od początku — czterdzieści stopni gorączki, dziewiąte piętro hotelu bez windy, dwieście dolarów w gotówce, matkę, która nie ma z czego zapłacić. Powiedział, że to nie kwalifikuje się jako nagły wypadek w rozumieniu polisy i że nie może złamać warunków umowy.

— Jeśli pan tego nie zrobi, ja to zgłoszę jako zaniedbanie z naszej strony przy sprzedaży, bo nikt tej klientce nie wytłumaczył, czego polisa nie pokrywa — powiedziałam. — I wezmę to na siebie, spiszę protokół z rozmowy, podam swoje nazwisko, jeśli trzeba będzie tłumaczyć się przełożonym. Ale niech ktoś jej pomoże teraz, bo ona siedzi w klinice bez pieniędzy.

Było wpół do drugiej w nocy, kiedy pan Kowalik w końcu powiedział, że wystawi awaryjną gwarancję płatniczą jako wyjątek, poza zakresem polisy, na własną odpowiedzialność, pod warunkiem że sporządzę pisemne zgłoszenie zdarzenia jeszcze tej nocy. Zgodziłam się. Siedziałam potem do czwartej rano, pisząc to zgłoszenie, bo wiedziałam, że jeśli czegoś nie dopilnuję, ktoś to później podważy.

Zadzwoniłam z powrotem do pani Haliny. Powiedziałam jej numer gwarancji, powiedziałam, żeby dała ten numer w recepcji kliniki, że transport ma być zapewniony bez przedpłaty. Ona nie mówiła nic przez chwilę, tylko oddychała ciężko do słuchawki, a potem powiedziała cicho:

— Dziękuję. Ja myślałam, że nikt tego nie zobaczy, że tam jesteśmy same, że nikogo to nie obchodzi.

Karetka — a właściwie stary land rover z napisem ambulance na drzwiach — przyjechała półtorej godziny później. Monikę przyjęto na kroplówki, podawali jej coś na pasożyty i sterydy na wysypkę. Zostały w klinice cztery dni zamiast wracać do hotelu, resort przedłużył im pobyt bez dodatkowej opłaty za pokój, kiedy nasza agencja napisała do nich oficjalną skargę na brak wcześniejszej pomocy medycznej.

W biurze sprawa nie skończyła się na tym, że wszystko dobrze się ułożyło. Kierownik wezwał mnie na rozmowę, bo złamałam procedurę — nie miałam prawa samodzielnie negocjować z ubezpieczycielem ani obiecywać klientce niczego w imieniu firmy. Dostałam pisemne upomnienie do akt. Ale ten sam kierownik, dwa tygodnie później, kazał zmienić skrypt sprzedaży pakietów ubezpieczeniowych, tak żeby przy każdej polisie agent czytał klientowi na głos, czego dokładnie ona nie obejmuje, i odnotowywał to w systemie. Powiedział, że wolałby stracić proformę, niż jeszcze raz przez noc nie wiedzieć, czy ktoś w Afryce ma czym zapłacić za karetkę.

Wróciły do Polski z opóźnieniem tygodnia. Pani Halina przyszła do naszego biura osobiście, przyniosła w reklamówce z Biedronki paczkę kawy i serwetkę z hotelu Riu Palace, złożoną w kostkę, z odręcznym zapiskiem długopisem w rogu: siedemset dwadzieścia złotych za noc, resort przedłużył pobyt, nie zapłaciłyśmy nic. Powiedziała, że zapisała tę kwotę tamtej nocy w klinice, na jedynym skrawku papieru, jaki miała pod ręką, bo bała się, że jak nie zapisze, to zapomni, ile było warte to, co dla nich zrobiłam.

Monika stanęła wtedy w progu za matką, blada jeszcze, chudsza niż na zdjęciu z rezerwacji, i powiedziała tylko:

— Pani jest ta, która podniosła słuchawkę.

Nic więcej. Ale zapisałam sobie tamten dzień w kalendarzu papierowym, który trzymam w szufladzie, bo to była jedyna rezerwacja w jedenastu latach, po której ktoś przyniósł mi kawę zamiast reklamacji na piśmie. Serwetka z Riu Palace leży teraz w plastikowej koszulce w tej samej szufladzie, obok upomnienia od kierownika, które też zachowałam. Klienci czasem pytają, co to za świstek papieru na moim biurku. Mówię, że to rachunek za coś, co nie miało ceny. Rzadko pytają więcej, a ja rzadko opowiadam resztę.

Click to comment

Leave a Reply

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься. Обов’язкові поля позначені *

19 − п'ять =

Також цікаво:

PL7 хвилин ago

Marzec na Podhalu, taca

Nazywam się Wojciech Zborowski, mam trzydzieści dziewięć lat i przez dwanaście lat prowadziłem gospodarstwo agroturystyczne pod Białym Dunajcem razem z...

PL8 хвилин ago

Klucz do garażu numer siedemnaście

Nazywam się Barbara Wilczek, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzydziestu ośmiu prowadzę kwiaciarnię przy ulicy Kościuszki w Bydgoszczy, dwie...

PL8 хвилин ago

Klucze od pralni przy Wilczej

Nazywam się Bożena Kalicka, mam sześćdziesiąt jeden lat i od siedemnastu prowadzę pralnię chemiczną na rogu Wilczej i Poznańskiej, w...

PL8 хвилин ago

Długa droga do Bielska-Białej

Naprawdę wszystko zaczęło się od rachunku za gaz. Elżbieta Wróblewska znalazła go na stole w kuchni matki w Żywcu, kiedy...

PL15 хвилин ago

Pan Zenek z klatki siedem

Klatka numer siedem Pracuję w hospicjum przy ulicy Kopernika w Bydgoszczy jako pielęgniarka od jedenastu lat, więc niejedno już widziałam,...

PL16 хвилин ago

Cztery pojemniki po krupniku

Nazywam się Halina, mam siedemdziesiąt trzy lata i mieszkam w Radomiu, na Osiedlu Ustronie, w bloku, gdzie od lat pachnie...

LT20 хвилин ago

Kaunas, karštis nudžiūvusiuose kaštonuose

Kauno sporto rūmai, šeštadienio popietė. Ant štangos — sto septyniasdešimt penki kilogramai, trečias priėjimas, paskutinis prieš normatyvą. Dovydas Ramanauskas stovi...

PL27 хвилин ago

Warsztat nie do oddania

# Warsztat przy Kordeckiego 14 Renata miała pięćdziesiąt trzy lata i warsztat samochodowy po mężu, który zmarł cztery lata temu...