PL
Warsztat po ojcu Zenona
Krystyna Wojtal wpadła do warsztatu w Piasecznie, kiedy jej syn Zenon akurat wyciągał spod lady stary segregator z fakturami. Miała na sobie płaszcz, którego nie zdjęła nawet po wejściu, i torebkę przyciśniętą do boku, jakby w środku było coś, czego nie wolno upuścić.
— Musimy porozmawiać — powiedziała, zanim jeszcze zamknęła drzwi. — Poważnie.
Zenon miał trzydzieści dziewięć lat, warsztat samochodowy przy ulicy Jana Pawła prowadził od ośmiu lat, odkąd przejął go po ojcu, i od jakichś sześciu żył sam, w kawalerce nad sklepem monopolowym, gdzie w nocy słychać było, jak ktoś wraca z imprezy i śpiewa fałszywie pod latarnią. Nie narzekał. Miał klientów, miał psa, kundla imieniem Śruba, który spał w kącie warsztatu na starym kocu, i miał spokój, którego — jak sądził — nikomu nie odbierał.
— Mamo, mam klienta za pół godziny.
— To będzie krótko. — Usiadła na krześle przy biurku, nie pytając o pozwolenie. — Sąsiadka z dołu, pani Halina, mówiła, że jej córka się rozwiodła. Ma dwoje dzieci, mieszkanie w Konstancinie po rodzicach, pracuje w przychodni jako rejestratorka. Trzydzieści cztery lata. Umówiłam wam kawę na sobotę.
Zenon odłożył segregator.
— Nie umówiłaś.
— Umówiłam. — Krystyna wyjęła z torebki kartkę, jakby to był dowód w sądzie. — Bo tak dłużej być nie może, synu. Masz trzydzieści dziewięć lat, warsztat, dom po ojcu w Górze Kalwarii stoi pusty, bo ty siedzisz w tej kawalerce jak student. Ludzie pytają. Ciotka Basia pytała na imieninach, czy z tobą coś nie tak.
— Nic ze mną nie tak.
— To dlaczego nie masz żony?! Mężczyzna, który tyle lat żyje sam i się nie żeni, coś ukrywa albo coś z nim nie tak. Tak mówi się od zawsze, i to prawda.
Zenon oparł się o bok samochodu.
— Może po prostu nie spotkałem nikogo, z kim chciałbym.
— Bo nie szukasz! Siedzisz tu od szóstej rano do ósmej wieczorem, w oleju po łokcie, i kiedy niby masz kogoś spotkać? Ja już się nie doczekam wnuków po twoim bracie, bo Adam wyjechał do Niemiec i tam se żyje jak chce, więc chociaż ty…
— Adam ma trzydzieści cztery lata i mieszka w Dortmundzie od dziesięciu lat, mamo. To już nie „wyjechał", to jest jego życie.
— Nie zmieniaj tematu. W sobotę o jedenastej, kawiarnia przy rynku, ta z ciastkami. Włóż tę niebieską koszulę, tę od ślubu Marka.
Wyszła, zanim zdążył odpowiedzieć, zostawiając za sobą zapach perfum, które nosiła od dwudziestu lat i które kupowała zawsze w tej samej drogerii przy dworcu. Śruba podniósł łeb znad koca, obwąchał powietrze przy drzwiach, jakby chciał sprawdzić, czy naprawdę sobie poszła, i z powrotem opadł na bok.
Klient przyjechał punktualnie, oddał kluczyki od astry, powiedział coś o dziwnym stuku w zawieszeniu, i Zenon na trzy godziny zapomniał o kawiarni, o niebieskiej koszuli i o rejestratorce z Konstancina.
Nie zapomniał za to o czymś innym — o liście, który dostał tydzień wcześniej od notariusza z Piaseczna, i który leżał teraz w tym samym segregatorze, pod fakturami. List dotyczył działki po ojcu, tej za warsztatem, na której od lat stała tylko szopa z narzędziami i którą matka od miesięcy namawiała go, żeby sprzedał — bo, jak mówiła, „pieniądze się przydadzą, jak w końcu znajdziesz żonę".
Problem polegał na tym, że działka nie była tylko jego.
***
Dwa dni później, w środę, do warsztatu weszła kobieta, której Zenon nie znał — może czterdzieści kilka lat, w kurtce przemysłowej, z teczką pod pachą. Przedstawiła się jako Ewa Sikora, córka drugiej żony jego ojca, Barbary, o której Zenon wiedział tylko tyle, że istniała, że ojciec był z nią przez cztery lata w latach dziewięćdziesiątych, zanim wrócił do matki Zenona, i że nigdy o niej nie rozmawiano w domu.
— Pański ojciec zapisał połowę działki mojej matce w testamencie z dziewięćdziesiątego siódmego roku — powiedziała Ewa, kładąc teczkę na biurku obok klucza francuskiego. — Matka zmarła w marcu. Ja jestem jedyną spadkobierczynią. Notariusz powinien był pana poinformować.
Zenon poinformowany był — list leżał w segregatorze — tylko nie doczytał go do końca, bo akurat tego dnia miał trzech klientów naraz i awarię podnośnika.
— Więc czego pani chce?
— Chcę wiedzieć, czy pan planuje sprzedać działkę, czy nie. Bo jeśli tak, muszę być stroną w tej sprzedaży. A jeśli nie — to chciałabym wiedzieć, na jakich zasadach mam z panem tę ziemię dzielić, bo obecnie stoi tam pana szopa, a to jest w połowie moja własność.
Zenonowi ścisnęło gardło — nie ze złości na tę kobietę, tylko ze wstydu, że matka wiedziała o tym testamencie od dawna i nic nie powiedziała, tylko naciskała, żeby sprzedał ziemię, jakby cała należała do niego.
— Muszę to sprawdzić — powiedział tylko. — Zostawi mi pani numer?
Zostawiła. I dodała jeszcze jedno zdanie, które zapadło mu w pamięć bardziej niż cała reszta rozmowy:
— Pana ojciec przepraszał moją matkę do końca życia, że nie mógł zostać. Ale ziemię jej zostawił, bo powiedział, że to jedyne, co mógł jej dać uczciwie.
***
W sobotę Zenon poszedł do kawiarni przy rynku — nie dlatego, że matka kazała, tylko dlatego, że potrzebował usiąść w miejscu, gdzie nikt nie wymagał od niego niczego przez godzinę. Kobieta z Konstancina, Agata, okazała się miła, mówiła dużo o swoich dzieciach i pytała, czy on w ogóle chce mieć rodzinę, a on odpowiedział szczerze, że nie wie, i że akurat teraz ma sprawę spadkową, która zajmuje mu głowę bardziej niż randki. Rozstali się bez numerów telefonu, w zgodzie, bez urazy.
Matka zadzwoniła tego samego wieczoru.
— No i jak?
— Nie zadzwonię do niej, mamo.
— Dlaczego?! Miła dziewczyna, ładna, pracuje…
— Bo mam ważniejszą sprawę. — Zenon usiadł na schodach przed kawalerką, Śruba położył mu łeb na kolanach. — Wiedziałaś, że tata zapisał połowę działki za warsztatem córce Barbary?
Cisza w słuchawce trwała długo — na tyle długo, że Zenon usłyszał w tle telewizor u matki, jakiś program kulinarny, głos prowadzącego tłumaczącego, jak długo dusić bigos.
— Skąd wiesz o Barbarze?
— Bo jej córka przyszła do warsztatu z papierami od notariusza. Wiedziałaś czy nie?
— Wiedziałam — powiedziała w końcu Krystyna, cicho, zupełnie inaczej niż zwykle. — Ojciec mi powiedział przed śmiercią. Kazałam ci sprzedać tę działkę, bo myślałam, że jak się jej pozbędziesz szybko, to ta kobieta i jej córka nigdy się nie odezwą, nie będzie trzeba nic wyjaśniać, nie będzie wstydu przed rodziną.
— Więc pchałaś mnie do sprzedaży cudzej ziemi, żeby ukryć, że tata miał drugą rodzinę.
— To nie była druga rodzina, to było cztery lata, dwadzieścia pięć lat temu, zanim…
— Nieważne kiedy, mamo. Ta kobieta ma prawo do połowy tej działki i ja się z nią dogadam, uczciwie, bez pośpiechu. A ty przestań mi swatać ludzi na kawiarnianych krzesłach, bo mam dość ważniejszych spraw na głowie niż to, że komuś się nie podoba, że żyję sam.
***
Minęły trzy tygodnie. Zenon spotkał się z Ewą Sikorą jeszcze dwa razy — raz u notariusza, raz w warsztacie, gdzie razem z geodetą wytyczyli granicę działki na nowo, bo stare mapy z lat dziewięćdziesiątych już się nie zgadzały z aktualnym stanem ogrodzenia. Ustalili, że Zenon wykupi jej połowę — nie za grosze, tylko za realną cenę rynkową, sto dwadzieścia tysięcy złotych, w dwóch ratach, bo tyle akurat miał odłożone plus to, co planował zebrać ze sprzedaży starego kompresora i dwóch podnośników, których i tak już nie używał.
Podpisali umowę u notariusza w piątkowe popołudnie. Ewa, wychodząc, podała mu rękę i powiedziała, że matka byłaby zadowolona, że w końcu ktoś załatwił to porządnie, papierowo, bez owijania w bawełnę.
Krystyna dowiedziała się o wykupie od sąsiadki, nie od syna — bo Zenon przestał jej opowiadać o swoich sprawach z takim samym pośpiechem, z jakim ona kiedyś opowiadała wszystkim o jego stanie cywilnym. Przyjechała do warsztatu w niedzielę, kiedy było zamknięte, zapukała w metalową roletę, aż Zenon wyszedł z zaplecza z kluczem w ręku.
— Zapłaciłeś tej kobiecie sto dwadzieścia tysięcy? Z własnych pieniędzy?
— Tak.
— Mogłeś się z nią targować, mogłeś…
— Mogłem, ale nie chciałem. — Odłożył klucz na parapet obok doniczki z geranium, które kiedyś posadziła jego babcia i które od lat nikt nie przesadzał. — Chciałem to zamknąć uczciwie. Tak jak tata powinien był zamknąć to dwadzieścia pięć lat temu, zamiast zostawiać ci to na głowie, a tobie zostawiać mnie na głowie z tym swataniem, żeby zagłuszyć wstyd.
Krystyna zamilkła, patrząc na Śrubę, który wyszedł zza rogu i obwąchał jej buty, jakby sprawdzał, czy przyniosła coś do jedzenia.
— Ja tylko chciałam, żebyś miał rodzinę.
— Wiem. Ale to, że żyję sam, to nie choroba, mamo. To po prostu moje życie, na razie takie. A ta ziemia, ta ukryta sprawa z Barbarą — to był prawdziwy problem, który trzeba było załatwić latami temu, a nie chować pod dywan i udawać, że jak mnie ożenisz, to wszystko samo się rozwiąże.
Wieczorem Zenon zawiózł do biura notarialnego ostatni dokument potwierdzający przelanie drugiej raty — dziewięć miesięcy później, zgodnie z umową, sto dwadzieścia tysięcy w całości spłacone. Wracając, minął kawiarnię przy rynku, tę z ciastkami, i pomyślał, że może kiedyś wejdzie tam sam, bez umówionej kawy, bez matczynej kartki w torebce, po prostu na kawę, bo akurat będzie miał ochotę. Nie tego wieczoru. Ale kiedyś.
