Connect with us

PL

Utopione dziewczyny z mostu Grunwaldzkiego. Jak lekarz z Poznania rozpoznał w niej sąsiadkę z bloku

Published

on

Nazywam się Halina Kowalczyk, mam sześćdziesiąt trzy lata i przez dwadzieścia osiem lat pracowałam jako pielęgniarka na Izbie Przyjęć Szpitala Wojewódzkiego przy ulicy Lutyckiej w Poznaniu. Dużo się w tym czasie napatrzyłam, ale tej nocy z pierwszego grudnia nie zapomnę chyba do końca życia.

Śnieg tego roku spadł wcześnie, jeszcze przed świętym Mikołajem, i sypał gęsto od samego rana. Miałam wtedy nocną zmianę razem z doktorem Marekiem Zającem — zgryźliwym mężczyzną po pięćdziesiątce, który liczył dni do emerytury i nie krył tego przed nikim. Około drugiej w nocy karetka przywiozła kobietę wyłowioną z Warty, w okolicy mostu Rocha. Bezdomna, tak przynajmniej wyglądała — wychudzona, w za dużej kurtce, bez dokumentów przy sobie, tylko z jakimś zawiniątkiem foliowym, które policjant znalazł obok i przekazał razem z nią.

Doktor Zając obejrzał ją pobieżnie, sprawdził źrenice, przyłożył słuchawkę i pokręcił głową w moją stronę.

— No i po co ją tu w ogóle przywieźli, Halinko. Zimna jak głaz.

Chciał już wracać do dyżurki, gdzie na kaloryferze grzała się jego kawa w termosie, ale przy łóżku został sanitariusz — chłopak, którego znałam od niedawna, bo dopiero co przeszedł do nas z ratownictwa. Nazywał się Tomasz Wiśniewski i miał tę dziwną cechę, że nigdy się nie spieszył tam, gdzie inni już machnęli ręką. Sprawdzał puls jeszcze raz, dłużej, niż to było w zwyczaju. Ja w tym czasie odkładałam na bok mokrą kurtkę pacjentki, żeby przekazać ją razem z resztą rzeczy do depozytu, i poczułam, że w podszewce coś twardego — mały grzebień z rogu, z wyszczerbionym zębem. Taki sam, pamiętam, sprzedawano kiedyś na bazarze przy Świętym Marcinie za parę złotych, ludzie kupowali je na prezent dla babć.

Tomasz odgarnął mokre włosy z twarzy kobiety i znieruchomiał na chwilę z ręką w powietrzu. Nie powiedział nic, tylko patrzył. Ja wtedy jeszcze nie wiedziałam dlaczego.

Sanitariusze z prosektorium przyjechali po nią kwadrans później, przełożyli ciało na swój wózek, przykryli prześcieradłem i zabrali windą towarową w stronę piwnicy. Doktor Zając dopił kawę, zgasił papierosa w popielniczce, którą trzymał w szufladzie wbrew wszystkim regulaminom, i już miał iść się położyć na dyżurce, kiedy zauważył, że karta pacjentki i foliowa torebka z dokumentami zostały na blacie.

— Tomek — zawołał, ziewając na całą salę — zanieś to na dół, do kostnicy. I potem się prześpij, bo masz oczy jak talerze.

Tomasz wziął plik papierów i poszedł nie windą, tylko schodami, bo winda akurat stała między piętrami. Na półpiętrze, tam gdzie zawsze pali się ta jedna, za jasna żarówka — nikt jej nigdy nie wymienił na słabszą, chociaż wszyscy się skarżyli — otworzył teczkę. W górnym rogu karty przewozowej zobaczył nazwisko: Julia Sawicka, urodzona siedemnastego marca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku. W środku, w foliowej koszulce, leżał mokry dowód osobisty — ocalała tylko laminowana strona ze zdjęciem, reszta była rozmyta.

Widziałam go potem na schodach, bo akurat szłam po nową pościel do magazynu. Stał nieruchomo, papiery trzymał tak, jakby się bał je upuścić.

— Tomek, co ci jest?

Nie odpowiedział od razu. Powiedział tylko, że zna tę dziewczynę. Że mieszkali w tym samym bloku przy ulicy Kórnickiej na Ratajach, drzwi w drzwi, i że urodzili się w tym samym roku, w tym samym miesiącu — ona kilka dni wcześniej. Chodzili razem do tego samego przedszkola przy Bnińskiej, siedzieli w podstawówce w jednej ławce, bo rodzice kiedyś poszli do dyrektorki i wyprosili to jako wyjątek. Mówił, że przez całe dzieciństwo ludzie brali ich za rodzeństwo, a potem, w gimnazjum, ona zaczęła się od niego oddalać — nie chciała już, żeby ją odprowadzał, mówiła, że sobie poradzi sama.

Później, już po latach, wiem to z tego, co Tomasz opowiedział mi kiedyś przy kawie, ich drogi się rozeszły na dobre. Julia wyjechała za chłopakiem do Wrocławia, rodzina straciła z nią kontakt, potem doszły słuchy, że ten chłopak pił, że ona wpadła w długi, że mieszkanie po rodzicach sprzedała za bezcen jakiemuś pośrednikowi, bo potrzebowała gotówki. Tomasz o tym wszystkim wiedział z opowieści matki, ale samej Julii nie widział chyba z piętnaście lat.

Stał wtedy na schodach z tą teczką i powtarzał, że to na pewno pomyłka, że taka rozmyta fotografia mogła wyglądać jak ktokolwiek. Powiedziałam mu, żeby zbiegł do kostnicy, zanim tamci zdążą ją rozebrać do sekcji. Pobiegł, ja za nim, bo nogi miałam wtedy lepsze niż teraz.

Doktor Balcerzak, ten z nocnej zmiany na dole, akurat notował coś w papierach, kiedy Tomasz wpadł zziajany i poprosił, żeby jeszcze raz sprawdzić puls, osłuchać, spróbować. Balcerzak spojrzał na niego jak na wariata — powiedział, że kobieta nie oddycha od co najmniej czterdziestu minut, że to już nie ma sensu. Ale coś w twarzy Tomasza musiało go przekonać, bo sięgnął po defibrylator, który tam zawsze stał w kącie, odkurzany raz w tygodniu. Trzy razy próbowali. Ja stałam pod drzwiami i patrzyłam przez szybę, bo do środka mnie nie wpuścili.

Za trzecim razem serce ruszyło. Słabo, nierówno, ale ruszyło. Balcerzak krzyknął, żeby wieźć ją na górę, na intensywną terapię, i wtedy dopiero zobaczyłam, jak Tomasz osunął się na ścianę korytarza i zaczął płakać, tak po prostu, bez wstydu, jakby miał dziesięć lat.

Julia leżała na OIOM-ie jedenaście dni. Pierwsze trzy w śpiączce farmakologicznej. Kiedy się obudziła, nie od razu poznała, gdzie jest — dopiero na drugi dzień, gdy Tomasz przyszedł po dyżurze i usiadł przy łóżku, spojrzała na niego dłużej, niż to było normalne, i zapytała cicho, czy to na pewno on.

Ja wtedy już wiedziałam więcej, bo lekarze rozmawiali przy mnie, nie krępując się, jakbym była meblem. Julia rzuciła się do rzeki, bo dzień wcześniej dostała telefon od komornika w sprawie długu, który zaciągnął na jej nazwisko były partner — dwadzieścia dwa tysiące złotych, o których w ogóle nie wiedziała, dopóki nie zajęto jej konta. Nie miała już nikogo we Wrocławiu, do Poznania wróciła w podartych butach i przez tydzień spała na dworcu PKP przy Głównym, zanim postanowiła, że dłużej tak nie da rady.

Tomasz zaczął przychodzić codziennie po zmianie, czasem przynosił jej rosół w słoiku, który gotowała jego matka, bo szpitalne jedzenie ledwo dawało się przełknąć. Rozmawiali długo, czasem o niczym, czasem o tym wszystkim, co się przez piętnaście lat wydarzyło. Nie było w tym nic z filmowej sceny — po prostu dwoje ludzi, którzy siedzą naprzeciw siebie i próbują sobie coś odbudować.

To, co wydarzyło się później, widziałam już z boku, bo minęło parę miesięcy i przestałam pracować na tamtej zmianie. Ale ludzie ze szpitala mówili. Tomasz pomógł jej znaleźć adwokata z kancelarii przy Święty Marcin, który zajął się sprawą tego długu — okazało się, że umowę pożyczki podpisano na podstawie skradzionego dowodu, a nie jej własnoręcznego podpisu, więc sąd w końcu unieważnił zobowiązanie. Julia dostała też pracę w pralni chemicznej niedaleko szpitala, zaczęła odkładać pieniądze na swój kąt.

Widziałam ją raz, już wiosną, kiedy przyszła do nas z pudełkiem czekoladek podziękować personelowi. Miała na sobie zwykłą kurtkę, niedrogą, ale czystą i dopasowaną, włosy związane w kucyk. Rozmawiałyśmy chwilę przy dyżurce. Powiedziała, że wynajęła kawalerkę na Winogradach, że pierwszy przelew czynszu zrobiła sama, z własnego konta, które założyła od nowa, bez tego mężczyzny, przez którego wszystko się zaczęło. Powiedziała to spokojnie, jakby wymieniała zwykłe fakty, ale ja zauważyłam, że mocno trzymała w ręku plik dokumentów z banku — umowę najmu, potwierdzenie przelewu, nowy dowód osobisty w foliowej koszulce, dokładnie taki, jak ten mokry z tamtej nocy, tylko teraz suchy i cały.

Tomasza nie było wtedy przy niej. Powiedziała, że wpadnie po nią po pracy, o szesnastej, bo umówili się na kawę przy Starym Rynku. Nie pytałam więcej, bo to już nie była moja sprawa — moja rola skończyła się tamtej grudniowej nocy, kiedy odłożyłam mokrą kurtkę na bok i poczułam w podszewce ten stary grzebień z wyszczerbionym zębem. Nie wiem nawet, czy go zachowała. Ale dokumenty na swoje mieszkanie trzymała pewnie, obiema rękami, i to chyba mówiło samo za siebie.

Click to comment

Leave a Reply

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься. Обов’язкові поля позначені *

дев'ять + сімнадцять =

Також цікаво:

PL2 хвилини ago

Drzwi otworzył jej ojciec

Ślub zaczął się dla mnie o siódmej rano, od zapachu kawy i lakieru do włosów. Siedziałam w wynajętym mieszkaniu w...

HE6 хвилин ago

# האופניים הכחולות בפארק הלאומי

כבר שלוש שנים שאני מנקה את הפארק הלאומי ברמת גן. מגיעה בחמש וחצי בבוקר, לפני שהרצים ממלאים את השבילים, ועד...

HE7 хвилин ago

עברנו לדירת ארבעה חדרים בראשון לציון רק לפני שנה, ואני לא זוכר שאשתי אי פעם הניחה מזלג על השולחן בכזאת איטיות.

״אמא שלי עוברת לגור איתנו,״ אמרתי, ולקחתי ביס מהשניצל שהכנתי בעצמי. כי אני מבשל שניצלים. תמיד בישלתי. לא דיברתי על...

HE8 хвилин ago

עברנו לדירת ארבעה חדרים בראשון לציון רק לפני שנה, ואני לא זוכר שאשתי אי פעם הניחה מזלג על השולחן בכזאת איטיות.

״אמא שלי עוברת לגור איתנו,״ אמרתי, ולקחתי ביס מהשניצל שהכנתי בעצמי. כי אני מבשל שניצלים. תמיד בישלתי. לא דיברתי על...

PL49 хвилин ago

Gniazdo po ojcu, konto na 380 tysięcy

Nazywam się Piotr Krawczyk i mam czterdzieści dwa lata. Kiedy usiadłem naprzeciwko teścia w salonie jego rezydencji na Saskiej Kępie,...

PL50 хвилин ago

Historia jarosza z Krakowa dyktowana synową, której nigdy nie poznałem

Mam sześćdziesiąt jeden lat i przez trzydzieści z nich prowadziłem warsztat lutniczy przy ulicy Krupniczej. To zawód, w którym uczysz...

ES52 хвилини ago

Vinieron solo por la escritura

El sábado por la mañana estaba sentada en el porche con un tazón de garbanzos en el regazo, quitándoles la...

PL57 хвилин ago

Utopione dziewczyny z mostu Grunwaldzkiego. Jak lekarz z Poznania rozpoznał w niej sąsiadkę z bloku

Nazywam się Halina Kowalczyk, mam sześćdziesiąt trzy lata i przez dwadzieścia osiem lat pracowałam jako pielęgniarka na Izbie Przyjęć Szpitala...