PL
Dwadzieścia minut, cztery raty cukru i telefon od teściowej
Marzena mieszała dżem drewnianą łyżką i liczyła w myślach – jeszcze pięć minut do trzeciej partii cukru. Za oknem mieszkania na Bemowie było już ciemno, choć dopiero szła osiemnasta trzydzieści, a z telewizora w salonie dobiegał głos spikera z wiadomości o cenach gazu. Na balkonie sąsiad wietrzył dywan, trzepak walił w framugę, i to bicie wyznaczało jej rytm lepiej niż jakikolwiek minutnik.
Morele kupiła na Bazarze Różyckiego – dwanaście złotych za kilogram, ostatnie w tym sezonie, sprzedawczyni sama powiedziała, żeby brała, bo od jutra ceny pójdą w górę. Wzięła dwa kilogramy, umyła, wydrylowała, poukładała w rondlu ćwiartkami. Przepis dostała od matki jeszcze przed jej wyjazdem do Wrocławia, zapisany na kartce z zeszytu w kratkę, z dopiskiem na dole: "cukier dodawaj po trochu, inaczej zrobi się rzadkie jak kompot".
Telefon zadzwonił dokładnie w momencie, kiedy wsypywała drugą część cukru. Krystyna, teściowa, dzwoniła zawsze o tej porze – wiedziała, że Marzena jest w domu, bo mąż, Tomasz, wracał z pracy dopiero po dwudziestej.
– I co, gotujesz znowu te swoje słoiki – powiedziała zamiast przywitania. – Tomek mówił, że w piwnicy już nie ma miejsca.
– Bo w piwnicy stoi twoja szafa z zimowymi kurtkami, Krysiu. – Marzena przełożyła telefon między ramię a ucho, żeby mieszać dalej. – Trzy lata tam stoi.
– To moja szafa, córeczko, tam mam swoje rzeczy.
Ten "córeczko" zawsze oznaczał, że rozmowa zaraz skręci gdzie indziej. Marzena wsypała trzecią część cukru, odstawiła telefon na blat, włączyła głośnik.
– Krysiu, ja teraz naprawdę nie mogę rozmawiać, gotuję dżem, liczę minuty.
– A ja ci mówię ważną rzecz. Tomek dostał premię, dwanaście tysięcy, i mówił, że chce ją dać na remont łazienki u nas, na Woli. Bo u mnie kafelki jeszcze z osiemdziesiątego dziewiątego roku.
Marzena zamieszała wolniej. Dwanaście tysięcy złotych – to była dokładnie suma, którą odkładali od pół roku na wyjazd do Chorwacji, o którym Tomasz mówił każdego wieczoru przy kolacji, pokazując zdjęcia z Splitu na telefonie.
– On ci to powiedział czy to ty tak zdecydowałaś?
– A jaka różnica. Syn ma prawo pomóc matce.
Woda w rondlu zaczęła syczeć głośniej, dżem gęstniał na oczach, choć jeszcze nie tak, jak powinien – matka ostrzegała, że gorący zawsze wygląda za rzadko, dopiero jutro rano pokaże się prawdziwa konsystencja. Marzena wsypała ostatnią część cukru i szczyptę kwasku cytrynowego, wymieszała, zdjęła z gazu na chwilę, żeby lepiej się skupić na rozmowie.
– Krysiu, premia jest Tomka, niech Tomek decyduje. Ale to jest nasza wspólna premia, bo konto mamy wspólne, i ja bym chciała wiedzieć, zanim ktoś ją przeleje gdzie indziej.
– Ty zawsze musisz wiedzieć, zawsze musisz kontrolować.
– Nie kontroluję. Pytam o pieniądze, które są na naszym koncie, na które ja też pracuję.
Krystyna coś jeszcze mówiła o niewdzięczności, o tym, że za jej życia synowe tak się nie odzywały, ale Marzena już nie słuchała, bo dżem wymagał jeszcze paru minut na małym ogniu, a słoiki stały wyparzone na ręczniku przy zlewie, gotowe. Rozłożyła gorącą masę chochlą, zakręciła wieczka, odstawiła do góry dnem, przykryła kocem, żeby stygły powoli. Telefon w tym czasie sam się rozłączył – teściowa najwyraźniej uznała rozmowę za skończoną.
Tomasz wrócił za kwadrans dwudziesta pierwsza, zdjął buty w przedpokoju, poczuł zapach moreli w całym mieszkaniu.
– Znowu dżem? – uśmiechnął się, zajrzał do kuchni.
– Twoja mama dzwoniła. Mówiła o premii i o łazience u niej.
Tomasz usiadł przy stole, potarł kark.
– Wspomniała mi o tym w niedzielę, powiedziałem, że pomyślę.
– A mnie powiedziała, że już postanowiłeś.
– Bo ona zawsze tak mówi, jakby już było ustalone, chociaż nic nie jest ustalone.
Marzena postawiła przed nim talerz z kolacją, usiadła naprzeciwko.
– Tomek, ja rozumiem, że to twoja mama i że łazienka u niej rzeczywiście wygląda jak z komunizmu. Ale to jest premia, którą dostałeś za projekt, przy którym ja przez trzy miesiące gotowałam ci kolacje o dwudziestej trzeciej, bo siedziałeś w pracy do nocy. To są nasze pieniądze na Chorwację, o której mówisz codziennie.
Tomasz milczał, kroił kotlet, nie patrzył na nią.
– Może połowę im dać, połowę zostawić na wyjazd?
– Może. Ale to ty musisz to jej powiedzieć, nie ja. Bo jak ja jej powiem, to znowu będę ta zła synowa, która kontroluje pieniądze syna.
Nazajutrz rano, zanim wyszła do pracy, Marzena zajrzała do słoików. Dżem stał już gęsty, lśniący, taki, jak powinien być – matka miała rację, jak zawsze. Wzięła jeden słoik do torby, na wieczór umówiła się z koleżanką z pracy na kawę, chciała dać jej spróbować.
Wieczorem, kiedy Tomasz wrócił, na stole leżała wydrukowana rezerwacja do Splitu na dwa tygodnie sierpnia, opłacona zaliczka – trzy tysiące pięćset złotych z ich wspólnego konta, zrobiona przez Marzenę tego popołudnia w przerwie na lunch.
– Zrobiłam rezerwację. Zaliczka poszła. Reszta premii, dziewięć tysięcy, niech idzie na wyjazd, jak planowaliśmy pół roku. Jak chcesz dołożyć mamie na łazienkę z własnej pensji w kolejnych miesiącach – twoja sprawa, jestem za.
Tomasz spojrzał na wydruk, potem na nią.
– A jak mama zapyta?
– To jej powiesz, że decyzję podjęliśmy razem, bo to nasze wspólne pieniądze na wspólny wyjazd. A jak będzie chciała nowe kafelki, to poszukamy razem promocji w Leroy Merlin na wiosnę.
Telefon zadzwonił po dwudziestu minutach. Krystyna krzyczała coś o niewdzięczności i o synowej, która wszystko sobie zawłaszczyła. Tomasz wyszedł z pokoju z telefonem, zamknął drzwi do sypialni. Marzena zaniosła do kuchni pusty talerz po kotlecie, otworzyła drugi słoik dżemu, posmarowała kromkę chleba, usiadła przy stole i zjadła kolację w spokoju, słuchając przez ścianę, jak mąż tłumaczy matce coś, czego ona sama tłumaczyć już nie musiała.
