PL
Osiemdziesiąt siedem groszy na cerowanej serwecie w Wałbrzychu
Jestem hydraulikiem od dwudziestu jeden lat i mam swoją firmę na obrzeżach Wałbrzycha. Zwykle wzywają mnie do zapchanych syfonów, pękniętych rur, bojlerów, które odmawiają posłuszeństwa akurat w niedzielę. Robota jak robota – przyjeżdżasz, patrzysz, naprawiasz, bierzesz kasę, jedziesz dalej. Ale ten jeden czwartek w marcu pamiętam do dziś, choć minęło już parę lat.
Zlecenie było proste: cieknący zawór pod zlewem na osiedlu Podzamcze, w bloku z wielkiej płyty, czwarte piętro bez windy. Otworzyła mi starsza kobieta, przedstawiła się jako pani Zofia. Miała na sobie rozciągnięty sweter w kolorze musztardy i kapcie tak wytarte, że pięty dawno się spłaszczyły.
– Niech pan wybaczy bałagan – powiedziała, zanim jeszcze zdążyłem zdjąć buty.
Rozejrzałem się. Żadnego bałaganu nie było. Mieszkanie lśniło czystością, aż nieprzyjemnie – jakby ktoś szorował podłogi, żeby zająć czymś ręce. Na kredensie stały dwie fotografie w plastikowych ramkach, obok kalendarz z apteki, wciąż otwarty na styczniu. Radio milczało. Telewizor stał wyłączony, z pilotem ułożonym idealnie na środku obrusa. Jedynym dźwiękiem było tykanie zegara z kukułką, która – jak się później okazało – już dawno przestała wyskakiwać.
Poszliśmy do kuchni. Pod zlewem faktycznie pękła plastikowa rura, na dnie szafki stała mała kałuża. Uklęknąłem, otworzyłem drzwiczki – i wtedy zauważyłem coś, co nie miało nic wspólnego z hydrauliką. Na półce obok rur nie było żadnych środków czystości, żadnych worków na śmieci, żadnej gąbki zapasowej. Tylko jedna pusta przestrzeń wyłożona wycinkiem z gazety, starannie przycięta do kształtu deski.
Wymieniłem odcinek rury, dokręciłem złączki, odkręciłem wodę na próbę. Sucho.
– Gotowe – powiedziałem.
Pani Zofia uśmiechnęła się i zaraz zapytała, czy napiję się herbaty. Odmówiłem – miałem jeszcze dwa zlecenia tego dnia. Zapytała jeszcze raz, potem zaproponowała chociaż szklankę wody. Na to się zgodziłem, głównie z grzeczności.
Podeszła do lodówki. Otworzyła drzwi – i zobaczyłem wszystko od razu, bo stałem tuż obok.
Na środkowej półce leżała do połowy opróżniona butelka mleka, słoiczek musztardy bez etykiety i trzy saszetki majonezu, chyba z jakiejś stołówki. Niżej – pusto. Żadnych warzyw, żadnych resztek obiadu, żadnego kawałka wędliny. Na dolnej półce stała jedna szklanka z wodą przykryta spodeczkiem, jakby czekała na kogoś, kto już nie przyjdzie.
Zauważyła, że patrzę.
– Zakupy robię w czwartki – rzuciła szybko, jakby musiała się z czegoś wytłumaczyć.
Nic nie powiedziałem. Wzięła szklankę wody, dłonie jej drżały, kiedy ją podawała. Usiadła przy stole nakrytym cerowaną serwetką – widziałem cery przy każdym brzegu, robione cienką nicią, żeby nie było widać dziur.
Podałem rachunek: sto siedemdziesiąt złotych.
Popatrzyła na kartkę długo, jakby liczby musiały się jeszcze poukładać. Sięgnęła po starą portmonetkę z klamerką, taką, jakich już nikt nie produkuje, i zaczęła wykładać monety na serwetkę. Jedną po drugiej. Dziesięciogroszówki, pięćdziesiątki, parę złotówek. Układała je w rządku, żeby łatwiej liczyć.
– Mam jeszcze trochę w sypialni, w kopercie – powiedziała, nie przerywając liczenia.
– Nie musi pani się spieszyć.
– Zapłacę, tylko chwilę.
Liczyła dalej. Naliczyłem w głowie może dwadzieścia parę złotych w bilonie, kiedy się zatrzymała, popatrzyła na resztę pustej portmonetki i powiedziała cicho:
– Emeryturę mam dopiero dziesiątego.
Do dziesiątego zostało jeszcze sześć dni.
Patrzyłem na te monety rozłożone na cerowanej serwetce, potem na uchylone drzwi lodówki, z której wciąż buchało zimne powietrze, bo nikt jej nie domknął. Coś mi się w środku poluzowało, jakby pękła jakaś śrubka, której nie umiałem dokręcić z powrotem.
– Wie pani co – powiedziałem, zbierając narzędzia do skrzynki. – Muszę wrócić po jedną część do warsztatu.
– Ale przecież pan naprawił.
– Wiem. Coś mi się przypomniało.
Wyszedłem, zanim zdążyła zapytać cokolwiek więcej.
Pojechałem prosto do Biedronki przy rondzie, nie do hurtowni instalacyjnej. Zaparkowałem, siedziałem w aucie z minutę, patrząc na te siedem czy osiem monet ułożonych w rządku w mojej głowie. Wszedłem do środka i chodziłem między regałami jak ktoś, kto nigdy w życiu nie robił zakupów – kupowałem to, co łatwo ugotować dla jednej osoby, co się nie zmarnuje, co da się rozłożyć na kilka dni. Pierś z kurczaka, rosół w kostkach, chleb, jajka, płatki owsiane, jabłka, mrożone warzywa, twaróg, ser żółty, herbatę, kawę zbożową, bo pomyślałem, że mocna może jej zaszkodzić na serce. Na koniec wrzuciłem do koszyka paczkę herbatników w czekoladzie – takich prostych, w żółtym opakowaniu.
Na kasie wybiło sto trzydzieści osiem złotych. Zapłaciłem kartą, swoją.
Wróciłem pod blok, wniosłem torby na czwarte piętro bez windy – łydki paliły jak diabli. Otworzyła drzwi zdziwiona.
– Długo pana nie było.
– Korki – skłamałem.
Spojrzała na torby.
– Co pan tam niesie?
– Część.
– Hydraulicy noszą dziwne części.
– Bardzo dziwne.
Zaśmiała się – pierwszy raz tego popołudnia. Poszedłem do kuchni, zacząłem wykładać zakupy. Ona stała w progu i patrzyła, jak układam jedzenie na pustych półkach. Kurczak, mleko, jajka, jabłka, warzywa, twaróg. Zamknąłem drzwi lodówki.
Stała nieruchomo, ręką zasłaniając usta.
– Nie powinien pan tego robić.
– Wiem.
– Nie mam czym panu zapłacić za to.
– Pani nic nie jest winna.
Pokręciła głową, oczy jej zaszkliły się od razu.
– Nie lubię być ciężarem.
Oparłem się o blat.
– Pani nie jest ciężarem.
Popatrzyła na kredens, na te dwie fotografie w plastikowych ramkach.
– Mąż zawsze to załatwiał. Zakupy, rachunki, wszystko.
Głos jej się skurczył.
– Odszedł trzy lata temu, w kwietniu.
Nie powiedziałem nic, bo nie było co powiedzieć.
Otarła policzek rękawem musztardowego swetra.
– Czasem jeszcze kupuję za dużo chleba. Jakbym gotowała dla dwojga.
Popatrzyła na pełne półki lodówki.
– Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo tu było pusto.
Żadne z nas się nie odezwało. Zegar z kukułką tykał dalej, choć ptaszek dawno nie wychodził. Wyszedłem kilka minut później. Przy samochodzie usłyszałem jej głos z klatki.
– Niech pan poczeka.
Trzymała w ręku papierową torebkę. W środku jeden herbatnik z tych, które kupiłem.
– Pan zapomniał.
Uśmiechnąłem się.
– To dla pani.
– Pan naprawił mi zlew.
Wziąłem herbatnik. Zjadłem go na czerwonym świetle przy rondzie, w drodze do kolejnego klienta. Zwyczajny, tani ciasteczko z dyskontu. Ale przysiągłbym, że smakował inaczej niż zwykle.
Wróciłem do niej jeszcze raz, dwa tygodnie później, już bez zlecenia. Zapukałem, powiedziałem, że byłem w okolicy i sprawdzam, czy zawór trzyma. Zawór trzymał. Ale zauważyłem, że na kredensie obok fotografii stoi teraz mały kalendarzyk z zaznaczonym czwartkiem – dniem zakupów – i że w lodówce, kiedy po wodę otworzyła drzwi, było więcej niż mleko i musztarda.
