PL
Śluz z akwarium doktor Wesołowskiej i guz, który zniknął z kartoteki
Bożena Maziarz miała pięćdziesiąt trzy lata i dwa akwaria w gabinecie na trzecim piętrze przy ulicy Grunwaldzkiej we Wrocławiu, kiedy jej córka przyniosła jej wydrukowany artykuł zamiast kwiatów na imieniny.
— Mamo, przeczytaj to. Ta twoja meksykańska ropucha może cię uratować.
— To nie ropucha, Kasiu. To aksolotl.
Bożena znała się na aksolotlach lepiej niż na własnym nowotworze. Trzymała je od dwunastu lat, odkąd zamknęła praktykę pediatryczną i przeszła na wcześniejszą emeryturę — nie z wyboru, tylko dlatego, że ręce zaczęły jej drżeć w sposób, który pacjenci zauważali szybciej niż ona sama. W gabinecie, który kiedyś służył do przyjmowania dzieci z katarem, teraz bulgotały dwa filtry i pływało sześć różowawych stworzeń o piórkowatych skrzelach.
Guz w lewej piersi wykryto jej w marcu, na rutynowej mammografii w przychodni przy placu Grunwaldzkim. Onkolog, młody mężczyzna o nazwisku Perlicki, mówił szybko i używał słów typu „inwazyjny" i „trójujemny" — najgorszy rodzaj, taki, na który chemia działa krócej niż chciałoby się wierzyć.
Artykuł, który przyniosła Kasia, dotyczył badania opublikowanego w piśmie PLOS ONE. Niemieccy naukowcy z Hanoweru wyizolowali z wydzieliny skórnej aksolotla dwadzieścia dwa peptydy. Trzy z nich, testowane na komórkach raka piersi, wywoływały w nich coś, co po polsku nazywa się apoptozą — zaprogramowaną śmiercią komórki — a przy tym nie ruszały zdrowej tkanki. Te same peptydy zabijały też gronkowca złocistego opornego na metycylinę, bakterię, przed którą szpitale boją się bardziej niż przed niejednym pożarem.
— To badanie na płytkach, Kasiu. Nie na ludziach. Może nigdy nie będzie na ludziach.
— Wiem. Ale i tak masz te zwierzęta w domu. To jakiś znak.
Bożena się nie roześmiała, choć chciała. Miała chemię umówioną na czwartek, port już wszczepiony pod obojczykiem, jak mała plastikowa moneta pod skórą. Kasia stała w drzwiach gabinetu z tym wydrukiem, a za jej plecami w akwarium różowy aksolotl imieniem Ignacy powoli obracał się w wodzie, jakby demonstrował, że nie ma nic przeciwko byciu ratunkiem dla ludzkości.
Chemioterapia zaczęła się w Dolnośląskim Centrum Onkologii przy placu Hirszfelda. Cztery cykle co trzy tygodnie, każdy wlew trwał cztery godziny, a Bożena spędzała je, patrząc na worek z płynem i licząc krople, bo pielęgniarki miały zbyt wiele obowiązków, by odpowiadać na pytania kobiety, która sama przez trzydzieści lat była lekarką i wiedziała, że pyta o rzeczy, na które nie ma dobrych odpowiedzi.
Po drugim cyklu wypadły jej włosy. Nie stopniowo — jednego popołudnia, w łazience, kiedy czesała się przed lustrem, cały pukiel został jej w grzebieniu. Usiadła na brzegu wanny i patrzyła na te siwiejące już pasma, jakby należały do kogoś innego. Zawołała Kasię i razem, bez słowa, ogoliły resztę maszynką, którą kupiły dzień wcześniej w drogerii na Kazimierza Wielkiego.
Mąż Bożeny, Ryszard, zmarł osiem lat wcześniej na zawał, więc chemię wożono ją głównie z Kasią albo z sąsiadką z dołu, panią Halinką, która miała stary Volkswagen Polo i zawsze parkowała w tym samym miejscu przed blokiem, pod jarzębiną, bo twierdziła, że ptaki tam nie brudzą samochodu tak jak pod lipą.
Trzeci cykl był najgorszy. Bożena dostała gorączki, poziom leukocytów spadł tak nisko, że lekarz z oddziału zagroził wstrzymaniem terapii. Leżała na izolatce, kroplówka z antybiotykiem kapała powoli, a przez okno widziała parking i czerwony dach kościoła Świętego Wawrzyńca. Wtedy właśnie zadzwoniła do niej dawna koleżanka ze studiów, Grażyna, która teraz pracowała jako biolog na Uniwersytecie Przyrodniczym.
— Bożenko, czytałam o tym samym badaniu, co twoja córka mi przysłała. Mam znajomego, który się zajmuje peptydami przeciwdrobnoustrojowymi. To nie jest szarlataneria, to poważna nauka, tylko wczesny etap. Może za pięć lat, może za dziesięć.
— Ja nie mam pięciu lat pewności, Gražyno.
— Nikt nie ma. Ale ty masz coś, czego inni nie mają — swoje akwaria i cierpliwość. Nie leczysz się aksolotlem. Leczysz się chemią. Aksolotl to tylko dowód, że natura czasem robi rzeczy mądrzejsze niż my.
To zdanie Bożena zapamiętała lepiej niż cokolwiek, co powiedział jej onkolog.
Czwarty, ostatni cykl chemii skończył się w lipcu. Tomografia we wrześniu pokazała, że guz zniknął — nie zmniejszył się, tylko zniknął, tkanka blizny w miejscu, gdzie kiedyś była masa wielkości orzecha włoskiego. Doktor Perlicki, pokazując zdjęcie na monitorze, powiedział coś, co u onkologów zdarza się rzadko:
— Zareagowała pani lepiej, niż się spodziewałem.
Bożena nie powiedziała mu o aksolotlach. Bo nie chodziło o to, że wierzyła w cud ze śluzu. Chodziło o to, że przez cztery miesiące chemii, kiedy nie miała siły wstać z łóżka, zmuszała się codziennie doczłapać do gabinetu i wymienić wodę w akwarium, nakarmić Ignacego i pozostałą piątkę krewetkami, sprawdzić temperaturę. Ten rytuał, głupi i uparty, trzymał ją przy jakimś porządku dnia, kiedy reszta życia rozpadła się na wymioty, gorączki i czekanie na wyniki.
W październiku, pół roku po diagnozie, Bożena zaprosiła Kasię i Grażynę na kawę do siebie, do mieszkania nad dawnym gabinetem. Na stole postawiła sernik kupiony w cukierni na Sudeckiej, bo sama jeszcze nie miała siły piec, i ten sam wydrukowany artykuł, teraz pomięty i podkreślony żółtym mazakiem w kilku miejscach.
— Mam do was prośbę — powiedziała, nalewając kawę. — Chcę sprzedać gabinet.
Kasia postawiła filiżankę tak gwałtownie, że kawa chlusnęła na spodek.
— Sprzedać? Mamo, ty tam trzymasz Ignacego od dwunastu lat.
— Właśnie dlatego. Napisałam do tych naukowców z Hanoweru. Odpisali mi, że w Polsce nie mają żadnego partnera do hodowli badawczej, tylko akwarystów prywatnych, od których czasem kupują próbki. Zadzwoniłam do Ogrodu Zoologicznego we Wrocławiu, do działu herpetologii. Chcą rozmawiać.
Wyjęła z torebki teczkę — zwykłą, papierową, kupioną w sklepie papierniczym na Kościuszki — w której miała wydrukowaną umowę wstępną z ogrodem zoologicznym, wycenę lokalu od pośrednika oraz numer konta, na które za dwa tygodnie miały wpłynąć pieniądze ze sprzedaży gabinetu: sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych.
— Sto dziewięćdziesiąt tysięcy — powtórzyła Grażyna. — I co z tym zrobisz?
— Osiemdziesiąt zatrzymam sobie, bo mam prawo do spokojnej starości. Sto dziesięć przekażę na fundusz przy Uniwersytecie Przyrodniczym, żeby mieli z czego finansować hodowlę aksolotli do badań nad tymi peptydami. Napisałam już do rektoratu.
Kasia milczała przez chwilę, patrząc na matkę, która pół roku temu nie miała siły umyć głowy, a teraz mówiła o funduszach uniwersyteckich z energią, jakiej Kasia nie widziała u niej od czasów, gdy jeszcze przyjmowała dzieci w gabinecie.
— A Ignacy?
— Ignacy jedzie do zoo. Będzie miał lepsze akwarium niż to, co ja mu zapewniłam, i będzie żył pod okiem specjalistów. To nie jest pożegnanie, Kasiu. To jest oddanie go tam, gdzie może zrobić więcej dobrego, niż siedząc w gabinecie emerytowanej pediatrki.
Dwa tygodnie później Bożena stała na parkingu przy Ogrodzie Zoologicznym z przezroczystym pojemnikiem transportowym w rękach, w którym pływał Ignacy, obojętny na cały ten ceremoniał. Kobieta z działu herpetologii, młoda, w zielonym polarze z logo zoo, wzięła pojemnik ostrożnie, jakby przyjmowała dziecko.
— Będziemy go trzymać w osobnym zbiorniku, z dostępem dla zespołu badawczego z uczelni. Raz na miesiąc będą mogli pobierać próbki śluzu, bez stresu dla zwierzęcia — powiedziała.
Bożena skinęła głową i podpisała ostatni dokument przekazania, długopisem, który potem schowała do torebki, bo taki sam miała na biurku w gabinecie przez trzydzieści lat pracy z dziećmi.
Odjeżdżając z parkingu, minęła znak z napisem „Ogród Zoologiczny — Ochrona Gatunków Zagrożonych". Włosy odrastały jej krótkie, siwe, szczeciniaste jak u nowo narodzonego dziecka. W lusterku wstecznym zobaczyła siebie na chwilę i pomyślała, że nigdy w życiu nie wyglądała gorzej ani nie czuła się lepiej.
