Connect with us

PL

Suczka trzeci dzień od tacki

Published

on

Nazywam się Bartek Wojtala, prowadzę stację diagnostyczną przy trasie na Radomsko, kawałek za Piotrkowem Trybunalskim. Do schroniska przyjeżdżam raz na dwa tygodnie — sąsiedztwo, umowa z żoną, że skoro mamy dwa psy z tego samego miejsca, to trzeba czasem podrzucić karmę albo pomóc coś ustawić. Tego dnia miałem przywieźć worek suchej karmy i zabrać stare palety spod boksów. Padał deszcz taki, że wycieraczki nie nadążały, koniec października, na parkingu przed schroniskiem woda stała po kostki w kaloszach.

Suczkę zastałem od razu, bo była pierwsza od bramy — owczarka, może pięcioletnia, z tabliczką "Reni" na boksie. Nie podeszła do miski. Widziałem, jak Ola, jedna z wolontariuszek, kuca przy siatce i stawia jej miskę z rozmoczoną karmą prosto na betonie, ciepłą, jak się robi dla szczeniaków. Suczka nawet głowy nie odwróciła. Leżała pyskiem w stronę kąta, gdzie jeszcze przedwczoraj była słoma, potem wstawała, chodziła wzdłuż ściany, długo wąchała podłogę i kładła się znowu.

— Ona ich szuka — powiedziała druga wolontariuszka, Kinga, wycierając twarz rękawem kurtki, choć trudno było stwierdzić, czy to deszcz, czy nie. — Przecież wszystko posprzątałam, ściółkę wymieniłam. A ona wącha i wącha.

Blacha na dachu grzechotała tak, że trzeba było mówić głośniej. Ola już od trzech tygodni próbowała zorganizować remont dachu nad boksami w bloku A, tam gdzie ciekło prosto na słomę, ale pieniędzy starczało akurat na karmę, nie na dekarza.

Reni przywieźli pod koniec sierpnia. Ktoś przywiązał ją do słupka przy przystanku koło targowiska w Bełchatowie — z miską wody, ze smyczą, porządnie, jak gospodarz. Tylko że była w ciąży. Formalnie nikt nic złego nie zrobił. W praktyce zostawił ją zdychać na skraju drogi, jeszcze z przyszłymi szczeniakami w środku. Dwa miesiące dochodziła do siebie. Zaczęła jeść, zaczęła wychodzić na spacery, pozwalała Kindze rozczesywać kołtuny na bokach. A tydzień temu w nocy urodziła dwa szczenięta. Oba za małe, za słabe — do rana w kącie boksu została sama Reni.

Ja tego nie widziałem, wiem to z opowiadania Oli, bo przyjechałem dopiero teraz, ale mleko jej przybywało, a to robiło sprawę tylko gorszą.

Stałem z workiem karmy pod pachą i słuchałem, jak Kinga mówi do Oli:

— A gdyby jej podłożyć cudze?

— Cudze co?

— No szczenięta. Chociaż jedno. Zacznie karmić, przełączy się. Psy to przyjmują, czytałam.

Ola spojrzała na nią tak, jak się patrzy na kogoś, kto proponuje rzecz absolutnie słuszną i absolutnie niewykonalną.

— I skąd ja ci wezmę noworodka? U nas nikt się nie oszczenił. Po wsiach teraz też nie sezon.

— Napiszemy w internecie — uparła się Kinga.

Ogłoszenie przerabiały chyba ze cztery razy, widziałem to później na telefonie Oli — raz za sucho, raz za żałośnie, raz zapomniały numeru. Wrzuciły je koło osiemnastej trzydzieści i sprawdzały komórkę co piętnaście minut. Serduszka szły. Komentarze szły. "Trzymajcie się, dziewczyny", "biedny piesek". Szczeniąt nie było.

Ja swoje palety zabrałem, worek zostawiłem w magazynku i pojechałem do domu, bo żona czekała z obiadem, a droga przez las po takim deszczu robi się śliska.

Wróciłem następnego dnia po południu, koło szesnastej, bo Ola dzwoniła — mówiła, że jest coś do zobaczenia, żebym wpadł, jak będę miał czas. Na miejscu zastałem taki hałas psów, że w pierwszej chwili pomyślałem, że komuś się wyrwał pies z boksu. To był inny szczek — taki, jakim wita się obcych pod furtką.

Przy bramie stało dwoje dzieci. Chłopiec, może dziewięcioletni, w kurtce o dwa numery za dużej, z zepsutym zamkiem, i dziewczynka, mniejsza, w różowej czapce przekrzywionej na bok. Oboje mokrzy, oboje zapłakani. Dziewczynka przyciskała coś do piersi, pod rozpiętą kurtką.

— Proszę pani — zaczęła i zaraz się zająknęła. — Proszę pani, niech pani go weźmie.

Wyciągnęła spod kurtki maleńkiego szarego kotka. Wielkości dłoni, ślepego, z sierścią przylepioną do ciała, piszczącego tak cienko, że dźwięk ginął w deszczu.

— Znaleźliśmy go koło śmietnika przy bloku — wyrzucił z siebie chłopiec, jakby się bał, że nie da mu się dokończyć. — Był tam karton, a on jeden został. Zabraliśmy go do domu, ale mama powiedziała nie. Babcia u nas mieszka, ona od kotów duszności ma, to prawda, nie zmyślam.

— On nie umie sam jeść — dodała dziewczynka. — Chcieliśmy z pipety, ale nie bierze.

Chłopiec sięgnął do kieszeni i wysypał na mokrą dłoń pogniecione banknoty i drobne. Widziałem to z bliska, bo stałem obok Oli przy bramie.

— Proszę. To na karmę. Ja na piłkę zbierałem, ale piłka może poczekać.

Ola z Kingą spojrzały na siebie. Zauważyłem to, bo akurat trzymałem otwartą furtkę i patrzyłem na obie. Ta sama myśl przyszła im do głowy równocześnie, i obie bały się ją wypowiedzieć.

— Schowaj pieniądze — powiedziała Ola do chłopca. — Serio, schowaj, bo zamokną. A kotka dawajcie tutaj. Uważajcie, że waszemu znajdzie bardzo się poszczęściło. Chyba będzie miał mamę.

— Prawdziwą? — zapytała dziewczynka z niedowierzaniem.

— Zobaczymy.

Powiedziała to spokojnym głosem, ale widziałem, jak jej ręce drżą, kiedy brała kotka — pewności nie miała żadnej. Może przyjmie, może nie. A może w ogóle nie przyjmie nie-psa.

— A możemy przychodzić? — dziewczynka wycierała nos rękawiczką. — On się Mruczek nazywa. Ja wymyśliłam.

— Przychodźcie — kiwnęła głową Kinga. — Tylko z dorosłymi.

Ja zostałem, bo chciałem zobaczyć, jak to się skończy, choć żona pisała już drugi raz, gdzie jestem.

Kotka grzały ze dwadzieścia minut. Kinga położyła na kaloryferze starą flanelową pieluchę, Ola trzymała Mruczka w dłoniach i dmuchała na niego, jak się dmucha na zmarznięte palce. Przestał piszczeć i zaczął się ruszać — to już było coś.

Do boksu weszły we dwie. Ja stanąłem przy siatce, z drugiej strony. Reni podniosła łeb i patrzyła, nie wstając.

— Reni, dziewczynko — Ola usiadła prosto na słomie, położyła rękę na jej karku. — Patrz, co ci przyniosłam.

Suczka spięła się, uszy do tyłu, i przez chwilę myślałem, że warknie albo się odwróci plecami, jak to robiła cały dzień. Ale nozdrza jej pracowały, mocno, w stronę zawiniątka w rękach Oli. Kinga rozłożyła kotka na złożonej pielusze tuż przy jej brzuchu, tam gdzie jeszcze wczoraj leżały jej własne szczenięta. Reni obwąchała go od głowy do ogona, powoli, centymetr po centymetrze, aż kotek zapiszczał głośniej — i wtedy language ciała suczki się zmienił: położyła się na boku, odsłaniając brzuch, tak jak to robiła dla swoich.

Mruczek, ślepy, kierowany tylko zapachem i ciepłem, doczołgał się do sutka i zaczął ssać. Reni drgnęła, spięła mięśnie karku pod ręką Oli — a potem opadła z powrotem na słomę i zaczęła go lizać, długimi, powolnymi pociągnięciami języka, od głowy w dół, tak jak liże się własne szczenię.

Staliśmy tam we troje, mokrzy, w gumowcach oblepionych błotem, i nikt się nie odzywał, bo blacha na dachu i tak zagłuszała każde słowo.

Wyjechałem ze schroniska koło osiemnastej, karma została w magazynku, palety zostały na skrzyni pick-upa — zapomniałem o nich zupełnie. Dwa tygodnie później, kiedy przyjechałem znowu z workiem karmy, Mruczek już otwierał oczy i miauczał grubym, niecierpliwym głosem, a Reni pilnowała go tak, jakby to ona urodziła go pod dachem bloku A tamtej nocy z sierpnia na wrzesień. Dzieciaki przyszły w niedzielę z ojcem — ten sam chłopiec, ta sama różowa czapka, tylko już bez łez — i Ola pokazała im przez siatkę, jak kot ssie mleko suczki, która nie była jego matką i nigdy nie miała nią być.

Click to comment

Leave a Reply

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься. Обов’язкові поля позначені *

15 + дев'ять =

Також цікаво:

PL12 секунд ago

Mieszkanie po teściowej, czyli jak Robert stracił firmę i spokój ducha

Nazywam się Robert Wieczorek, mam pięćdziesiąt cztery lata i dopiero teraz, pisząc to, rozumiem, że przez dwadzieścia trzy lata żyłem...

PL35 секунд ago

Warsztat Tomka po ojcu, a Basia zabrała klucze

Zeznania w prokuraturze rejonowej w Radomiu zajęły dwie godziny czterdzieści minut. Tomasz Wilk siedział na twardym krześle w pokoju numer...

CZ21 хвилина ago

Jediná ta, co je neporodila

Jmenuji se Renata, je mi padesát dva let a bydlím v Olomouci, v domě na okraji Nové Ulice, kde žiju...

IT22 хвилини ago

La borsa della spesa che pesava di più dopo quella telefonata

Mi chiamo Gabriella, ho sessantasei anni, e vivo a Bologna, in via Saragozza, nello stesso appartamento di due stanze dove...

HU22 хвилини ago

A Váci utcai privát kollekció

Harminchat éve dolgozott az ékszerészetben Fekete Alíz, és ezalatt az idő alatt megtanulta, hogy a legdrágább gyűrűt is lehet úgy...

HE23 хвилини ago

הכוס שהתנדנדה

הנברשות הגדולות באולם האירועים "לה־פרלה" בהרצליה בזקו בעיניים, ונדב במכנסי הג'ינס המשופשפים שלו הרגיש כאילו טעה בכתובת. בין השולחנות עם...

PL37 хвилин ago

Osiemdziesiąt siedem groszy na cerowanej serwecie w Wałbrzychu

Jestem hydraulikiem od dwudziestu jeden lat i mam swoją firmę na obrzeżach Wałbrzycha. Zwykle wzywają mnie do zapchanych syfonów, pękniętych...

PL38 хвилин ago

Pluszowy kot od Danieli

Ania miała trzydzieści dwa lata i trzytygodniowego syna imieniem Mateusz, kiedy teściowa weszła do kuchni bez pukania i postawiła na...