PL
Rudy lekarz na receptę
Pierwszy raz od roku neurolog nie kazał nam czekać na korytarzu.
Siedzieliśmy we trójkę w gabinecie na parterze Centrum Zdrowia Dziecka, Franek między mną a Tomkiem. Za oknem mokry śnieg, w kaloryferach cicho szumiała woda. Pani doktor przerzucała kartki historii choroby, a mój syn patrzył w wyłączony monitor komputera, jakby go tam w ogóle nie było.
— Proszę zapewnić mu spokój i bodźce — powtórzyła to samo, co pół roku temu. — Obrzęk mózgu się cofa, ale wolno. Organizm potrzebuje czasu.
Tomek ścisnął moje kolano pod stołem. Miał zimne palce. Od wypadku nie prowadził samochodu. Ja bałam się przejść z Frankiem przez alejkę na światłach, więc wracaliśmy na piechotę przez park Skaryszewski, trasą o dziesięć minut dłuższą. Wtedy jeszcze myślałam, że spacer to tylko strata czasu.
Franek szedł przed nami, kaptur mokry od mżawki, ręce w kieszeniach. Nagle zatrzymał się przy ławce z odłażącą farbą.
— Mamo, tam się coś rusza.
Pod ławką leżał rudy strzępek. Wiewiórka. Przednia łapa wygięta pod złym kątem, sierść posklejana w sople. Nawet nie drgnęła, kiedy kucnęłam obok. Tylko czarne oko błysnęło i zamarło.
— Zamarznie — powiedział Franek.
Dwa słowa. Ale pierwszy raz od dawna usłyszałam w jego głosie coś oprócz zmęczenia. Zdjęłam szalik. Wiewiórka była zimna, ważyła tyle co pusta filiżanka. Franek bez słowa ściągnął swoją czapkę i podał mi ją, żeby owinąć zwierzę. Tomek zadzwonił po taksówkę. Powiedział: „Na Grochowską, do Nowickiego”, chociaż nienawidził jeździć taksówkami po tym, jak tamten bus wjechał w nas na Puławskiej.
Weterynarz nazywał się Nowicki. Siwy, w fartuchu poplamionym czymś żółtym, leczył już wszystkie okoliczne bezdomne psy i koty, a w poczekalni śmierdziało kocim moczem i środkiem dezynfekującym.
— Pani Kasiu — westchnął, kiedy rozchyliłam szalik. — Pani tu jeszcze cały zwierzyniec z tego parku przyniesie.
Wziął wiewiórkę w dłonie. Palce miał grube, ale ruszał nimi jak zegarmistrz.
— Nic złamanego, ale ścięgna naderwane. Trzeba unieruchomić łapę i podać antybiotyk. Hipotermia. Tylko gdzie ona będzie mieszkać? Na mróz nie pójdzie.
Spojrzałam na Franka. Stał przy stole, dłonie płasko na blacie, i patrzył na to rude stworzonko. Oddychał ustami. Przez ostatnie miesiące prawie w ogóle nie patrzył na nic z własnej woli.
— Będzie mieszkać u nas — powiedziałam.
Tomek wrócił z delegacji w środę o pierwszej w nocy. Klucze odłożył na półkę, walizkę postawił przy drzwiach, zdjął buty. I zamarł. Z dużego kartonu po monitorze dochodziło rytmiczne drapanie.
— Co to jest?
— Orzeszek — powiedział Franek z kanapy. Po raz pierwszy od miesięcy nie leżał z tabletem, tylko siedział. — Będzie mieszkał, dopóki nie wyzdrowieje.
Tomek zajrzał do kartonu. Orzeszek miał łapę w opatrunku, syknął i schował się za zwitek gazety.
— W domu pełnym kabli — mruknął mąż. — Kot by się chociaż przydał, ale wiewiórka?
Ale nic więcej nie powiedział. Potem złapałam go w kuchni, jak kroił jabłko na ćwiartki i układał na spodeczku.
— Nie patrz tak — burknął. — Grubej soli nie dostanie, za szkoda mi tego kartonu.
Minęły trzy tygodnie. Orzeszek nauczył się otwierać pudełko pazurem i wisieć na firance jak na linie. Franek wstawał przed budzikiem, szedł do kuchni, wyciągał z szafki orzechy włoskie — kupowałam je w warzywniaku na wagę, czternaście pięćdziesiąt za sto gram, pani Halina już się śmiała, że karmię pół osiedla — i kładł je do glinianej miseczki. Szeptał coś przy tym, opowiadał Orzeszkowi, co mu się śniło. Jąkał się. Ale mówił. Jego palce, wcześniej niezdarne, wybierały połówki orzecha z coraz większą pewnością. Orzeszek brał jedzenie z dłoni powoli, jakby czuł, że ma do czynienia z czymś kruchym.
W sobotę zawieźliśmy go do parku. Łapa zrosła się dobrze. Otworzyłam transporter. Orzeszek wysunął pyszczek, drgnął nosem i jednym susem znalazł się na pniu starego dębu. Wbiegł na gałąź, ogon mignął i zniknął.
Franek stał i patrzył w górę. Łzy ciekły mu po policzkach, ale zaciskał zęby tak mocno, że drgała mu skóra na brodzie. W samochodzie nie odezwał się ani słowem. Tomek prowadził — pierwszy raz od wypadku — i kurczowo trzymał kierownicę.
Trzy dni ciszy. Franek leżał z tabletem, przesuwał palcem po ekranie bez celu. W nocy słyszałam, jak Tomek mówi do mnie w kuchni: „Myślisz, że to przez tę wiewiórkę? Że on się cofnął?”. Sama nie wiedziałam. Myłam szklankę i bałam się, że pęknie mi w rękach.
Czwartego dnia, we wtorek o siódmej piętnaście, usłyszałam pukanie. Nie do drzwi. Do okna w salonie. Było uchylone. Na parapecie siedział Orzeszek. W zębach trzymał coś zielonego, zmięty banknot. Dwadzieścia złotych.
— Franek, chodź tu!
Przybiegł. Zobaczył wiewiórkę i zatrzymał się w pół kroku. Orzeszek zeskoczył na podłogę, położył banknot pod kanapą — nie na kapciu, tylko tam, gdzie zawsze chował pestki dyni, między nogą mebla a listwą przypodłogową — i stanął słupka.
Franek spojrzał na mnie.
— On co, mi płaci?
Parsknął. Krótko, jakby się zakrztusił. Potem jeszcze raz. I nagle usiadł na podłodze i zaczął się śmiać tak, że aż złapał się za brzuch. Tomek wyszedł z kuchni z kubkiem kawy i stanął w progu. Patrzył na syna, na wiewiórkę, na banknot pod kanapą, i powoli pokręcił głową.
— Będę musiał rozliczyć PIT — powiedział.
Franek śmiał się dalej.
Orzeszek zaczął wpadać co kilka dni. Czasem rano, czasem wieczorem, bez zapowiedzi. Czasem z łupiną od orzecha, czasem z niczym. Tomek przestał narzekać, a ja zauważyłam, że w niedzielę przed śniadaniem odkłada z gazety dział ekonomiczny, a potem drze go na paski.
— Łatwiej mu się wyścieła — mruknął, nie patrząc na mnie.
Franek zaczął wychodzić do parku. Najpierw na dziesięć minut, potem na pół godziny. Mówił, że szuka Orzeszka. Czasem go znajdował, czasem nie. Kiedy znajdował, opowiadał o tym przy obiedzie: gdzie wiewiórka siedziała, co robiła, czy patrzyła na niego. Jego mowa stawała się płyńniejsza, ale nie było to cudowne uzdrowienie. Były dni, kiedy zacinał się tak, że nie mógł skończyć zdania, i wtedy rzucał łyżką o stół, a Tomek wychodził na balkon. Innym razem neurolog powiedziała: „Postęp jest, ale proszę nie oczekiwać, że zniknie wszystko. To będzie długi proces”.
Pewnego dnia w połowie grudnia Orzeszek wpadł przez okno. Piszczał. Biegał od drzwi do okna i z powrotem, jakby chciał nas wypchnąć.
— Chodźmy — powiedział Tomek, łapiąc kurtkę. — Może on czegoś chce, cholera wie.
Poszliśmy za nim do parku. Orzeszek prowadził nas w najdzikszy kąt, gdzie pod spróchniałym pniem leżała druga wiewiórka. Mniejsza, chudsza, z zapadniętymi bokami. Nie uciekła. Obok niej piszczały trzy maleńkie, ślepe wiewiórzątka. Rozumiałam, co widzę: samica, poród, brak pokarmu.
— On nas do niej prowadzi — powiedział Franek cicho.
Tomek już wyciągał telefon i dzwonił do Nowickiego. Weterynarz przyjechał w dwadzieścia minut, założył małej kroplówkę na miejscu i powiedział, że trzeba ją zabrać na podgrzewanie. Bez matki młode umrą w godzinę.
— Mamy je wziąć — powiedziałam.
Tomek nie zaprotestował.
Przez tydzień nasz salon wyglądał jak oddział dla gryzoni. Franek karmił małe pipetką co dwie godziny; budziłam go w nocy, a on siadał na podłodze i robił to, mrużąc oczy, ale bez słowa skargi. Tomek spał na materacu obok kartonu, nastawiał budzik, sprawdzał, czy termofor jest ciepły. Ja gotowałam papkę dla samicy — marchew, orzechy nerkowca, trochę miodu, żeby miała siłę — a Franek nazwał ją Migdałową.
Kiedy Migdałowa doszła do siebie i zaczęła karmić małe, wypuściliśmy całą piątkę do parku. Następnego ranka na parapecie siedział Orzeszek. Obok niego Migdałowa i trzy nastroszone kulki.
Przyszli na śniadanie. Wszyscy.
Wiosną Franek zapisał się na piłkę nożną. Na orlik przy szkole, sto złotych za semestr, zwykła osiedlowa drużyna. Nie był najszybszy, ale był. Biegał, pocił się, wracał z błotem na kolanach. Czasem po porażce siadał na ławce i milczał, a Tomek siadał obok i nie wiedział, co powiedzieć. Ale siedział.
Kontrolny rezonans pół roku później pokazał, że obrzęk mózgu się cofnął. Nie „całkowicie”, nie „zniknął bez śladu”. Lekarz powiedział, że jest poprawa, znaczna, ale funkcje wciąż będą się odbudowywać. Kiwnęłam głową. Trzymałam w dłoni paragon za orzechy — akurat wyrwałam z kieszeni, zanim weszłam do gabinetu.
Teraz jest ranek. Piję kawę. Na parapecie szelest małych pazurków. Otwieram okno, wślizguje się rudy ogon, potem drugi, trzeci, czwarty. Tomek patrzy znad laptopa, unosi brew. Franek, już opalony, sypie orzechy do miski — sam je zbierał w parku Skaryszewskim, miał pełne kieszenie kurtki, pachniało od nich ziemią i deszczem.
Orzeszek siada na brzegu miski. Patrzy na mnie, mruga. Potem nurkuje do torby z pieczywem i znika między bułkami. Słychać chrzęst rozrywanej papierowej torebki.
Tomek wzdycha i wraca do laptopa. Ja nie mówię nic.
