Connect with us

PL

Słony zapach morza i kotlety mielone

Published

on

Kasia od zawsze miała jeden sposób na reset — pociąg do Trójmiasta. Żadnych lotnisk, żadnego stania w korkach na autostradzie. Lubiła ten moment, kiedy lokomotywa ruszała z peronu Dworca Centralnego w Krakowie, a ona mogła zdjąć buty, oprzeć czoło o chłodną szybę i patrzeć, jak za oknem przesuwa się szary blokowiskowy pejzaż, przechodzący powoli w pola i lasy. Pracowała jako księgowa w dużej korporacji i przez ostatnie pół roku żyła od deadline’u do deadline’u. Rozliczenia roczne wycisnęły ją jak cytrynę. Miała trzydzieści dwa lata, chroniczne zmęczenie i jedno marzenie: Bałtyk. Zimny, wietrzny, pachnący jodem. Kupiła bilet z wyprzedzeniem, miejsce przy oknie, wagon bezprzedziałowy. Do Gdańska było ponad sześć godzin.

Wsiadła w piątkowe popołudnie, znalazła swój fotel i odetchnęła. Obok niej miejsce było puste. Wyjęła książkę Papcio Chmiela, którego zabrała z sentymentu, słuchawki i butelkę wody mineralnej. Pociąg ruszył. Przez pierwsze pół godziny było idealnie. Na stacji w Warszawie Wschodniej dosiadła się współpasażerka. Kobieta koło sześćdziesiątki, w rozciągniętym swetrze w serek, dźwigająca gigantyczną torbę podróżną w szkocką kratę i reklamówkę z Biedronki. Zajęła miejsce przy przejściu i natychmiast zaczęła się rozgaszczać. Wyciągnęła z torby poduszkę-jasiek, chusteczki higieniczne, mały termometr pokojowy i składany nożyk. Kasia patrzyła na to kątem oka. „Dobrze, że nie muszę wstawać” — pomyślała, wracając do książki.

Zapach pojawił się po Kwidzyniu. Najpierw delikatny, mdły — jak gotowane na twardo jajka. Kobieta wyjęła z reklamówki plastikowy pojemnik i otworzyła go z trzaskiem. W środku było sześć jajek, pociętych na połówki, polanych majonezem. Zajadała ze smakiem, wycierając palce w papierowy ręcznik. Kasia przełknęła ślinę i dyskretnie skierowała nawiew na siebie. Nie pomogło. Po jajkach przyszedł czas na kaszankę. Zapach był już nie do zniesienia — intensywny, ciężki, wypełniający całą przestrzeń wokół siedzeń. Ludzie z tyłu zaczęli szeptać. Jakiś nastolatek dwa rzędy dalej głośno skomentował: „Co tu tak śmierdzi, ktoś kanalizę przerobił?”. Kobieta nawet nie drgnęła. Wyjęła kolejny pojemnik — tym razem z bigosem. Kasia poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Kapusta kiszona, kiełbasa, grzyby — wszystko to przegryzło się w plastiku i teraz eksplodowało wonią na cały wagon.

— Przepraszam — zagadnęła cicho Kasia, nachylając się. — Czy mogłaby pani może zjeść to później? Trochę tu duszno i…

Kobieta popatrzyła na nią znad łyżki.

— A co przeszkadza? Głodna jestem. Od rana nie jadłam, bo się spieszyłam na pociąg.

— Rozumiem, ale zapach jest naprawdę intensywny…

— To nie zapach, tylko aromat. Domowa kuchnia. A nie to, co wy tam jadacie, te wasze sałatki z paczki.

Kasia zagryzła wargi. Odwróciła się do okna i włożyła słuchawki. Muzyka zagłuszyła mlaskanie, ale nie zapach. Minęła godzina. Potem druga. Kobieta kontynuowała ucztę. Śledzie w oleju. Pajda chleba ze smalcem i ogórkiem kiszonym. Kotlety mielone z cebulą. Za każdym razem, gdy Kasia myślała, że to już koniec, torba okazywała się bezdenna. Powietrze zgęstniało. Klimatyzacja w wagonie pracowała na pół gwizdka, a współpasażerka uparła się, że wieje jej w szyję i zakleiła nawiew nad swoim fotelem plastrem. W efekcie temperatura wokół Kasi sięgnęła chyba dwudziestu ośmiu stopni. Do Gdańska wciąż były ponad dwie godziny drogi.

W Tczewie Kasia nie wytrzymała. Wstała i poszła do przodu wagonu, gdzie stał konduktor.

— Przepraszam, czy są jakieś wolne miejsca? Tam gdzie siedzę, naprawdę nie da się wytrzymać.

Konduktor, młody chłopak z brodą, westchnął ciężko.

— Niech pani zgadnie — z piętnastego miejsca? Ta pani z bigosem?

— Ta.

— Już trzeci pasażer dziś przychodzi. Niestety, pociąg pełny. Przykro mi.

Kasia wróciła na swoje miejsce. Usiadła i wbiła wzrok w okno. Za szybą było już ciemno, widziała tylko swoje odbicie — zmęczoną twarz z podkrążonymi oczami. Nagle usłyszała głośny, przeciągły świst. To czajnik. Kobieta wyjęła z torby turystyczny czajnik elektryczny na USB. Podłączyła go do gniazdka pod fotelem i po chwili zalewała sobie kubek gorącej wody. Kasia obserwowała to z narastającym zdumieniem. Saszetka z żurkiem. Do tego kromka chleba posypana czymś, co wyglądało na domowy ser pleśniowy.

Kiedy kobieta sięgnęła po słoik z marynowanymi grzybkami, Kasia po prostu wstała i przeszła na koniec wagonu, do przedsionka przy toalecie. Oparła się o ścianę i oddychała płytko. Po kilku minutach dołączyła do niej młoda dziewczyna z warkoczem.

— Pani też od grzybkowej? — spytała z bladym uśmiechem.

— Od grzybkowej — przytaknęła Kasia. — Ciekawe, co będzie dalej. Pewnie flaki.

— Niech pani tak nie mówi, bo jeszcze wyciągnie.

Obie parsknęły śmiechem. Ulga trwała chwilę. Wróciła na fotel, zamknęła oczy i próbowała zasnąć w pozycji półsiedzącej. Udało się na jakieś pół godziny. Obudził ją głuchy huk. Kobieta upuściła termos. Na podłodze potoczył się korek, a potem rozlała się ciemna kałuża kawy.

— Jasny gwint! — syknęła kobieta, sięgając po chusteczki.

Kasia patrzyła tępo, jak kałuża dociera do jej plecaka. Nie ruszyła się. Nie miała już siły. Kobieta wycierała podłogę, mamrocząc coś pod nosem, po czym nagle zamilkła. Spojrzała na Kasię.

— Pani taka blada. Źle się pani czuje?

— Zmęczona jestem — odpowiedziała krótko Kasia.

Kobieta przez chwilę milczała, po czym bez słowa schowała wszystkie pojemniki do reklamówki. Zawiązała ją ciasno i wepchnęła pod fotel. Wyciągnęła z torby mały woreczek z lawendą i położyła go na rozkładanym stoliku między nimi.

— To na uspokojenie. Od koleżanki z działek. Sama szyje — mruknęła.

Kasia spojrzała na woreczek. Lawenda pachniała delikatnie. Po raz pierwszy od kilku godzin poczuła coś innego.

— Dziękuję — powiedziała zaskoczona.

Kobieta westchnęła i poprawiła sweter.

— Pani myśli, że ja tak dla przyjemności jem? — zapytała cicho, patrząc w okno. — Mam cukrzycę. Insulinę biorę. Jak nie zjem co dwie godziny, to mi cukier spada i mogę zemdleć. A ta cała żywność… — machnęła ręką w stronę torby — …to wszystko, co miałam w lodówce. Syn mi kazał przyjechać do Gdyni. Mieszka na Grabówku. Powiedział: „Mama, sprzedajemy mieszkanie, zabieramy cię do siebie, nie będziesz sama na starość”. Więc spakowałam, co miałam, i jadę. Nie wiedziałam, co zrobić z jedzeniem, to wzięłam ze sobą. Głupia byłam.

Kasia poczuła, jak coś w niej mięknie.

— Nie wiedziałam. Przepraszam.

— Nie ma za co. Też bym się wkurzyła.

Pociąg zwalniał. Za oknem pojawiły się światła Gdańska. Kobiety siedziały w ciszy, każda zamyślona. Kiedy pociąg zatrzymał się na stacji Gdańsk Główny, Kasia wstała i podała kobiecie swoją butelkę wody.

— Niech pani weźmie. Przyda się.

Kobieta zawahała się, po czym wzięła butelkę.

— Dziękuję. I niech pani odpocznie. Wygląda pani na bardzo zmęczoną.

— Odpocznę — uśmiechnęła się Kasia.

Wysiadła na peron. Powietrze pachniało morzem, wilgocią i smarem kolejowym. Ruszyła w stronę wyjścia, omijając spieszących się ludzi. Przy schodach obejrzała się. Kobieta stała przy oknie wagonu i machała do kogoś na peronie — siwiejącego mężczyzny w ortalionowej kurtce. Syn. Trzymał w ręku kartonowe pudełko przewiązane wstążką. Pewnie z ciastem. Kasia odwróciła się i poszła dalej.

Nad ranem siedziała już na plaży w Brzeźnie. Piasek był zimny, niebo szare, a fale uderzały o brzeg ze stłumionym hukiem. Wyjęła z plecaka pomiętą książkę i położyła ją na kolanach. Nie czytała. Patrzyła na horyzont i myślała o reklamówce pełnej pojemników, o zapachu lawendy i o tym, że czasem najbardziej męcząca podróż zostawia w głowie zupełnie nieoczekiwany ślad.

Click to comment

Leave a Reply

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься. Обов’язкові поля позначені *

п'ять + 16 =

Також цікаво:

IT1 хвилина ago

L’imprenditore installò telecamere per la figlia disabile – poi vide la tata insegnarle a camminare

Lorenzo Brancaccio aveva passato vent’anni a costruire un impero dal niente. Partito con quattro ettari di vigne sulle colline del...

HU2 хвилини ago

A hotelmágnás kamerákat szereltetett fel, hogy figyelje a beteg kislányát – amit a dada tett, arra nem számított

András Kovács tárgyalások közben is nyugodtan pislogott, ha valaki hazudott neki. Évtizedek óta irányította a Kovács Szállodaláncot, tárgyalt miniszterekkel, és...

LT57 хвилин ago

Vokas stalčiuje

Genovaitė atsistojo penkiolika minučių po penkių. Ne todėl, kad reikėtų – tiesiog kūnas pats atsimerkia tada, kai už lango dar...

CZ1 годину ago

Obálka v šuplíku

V zásuvce pod účty za plyn leží bílá obálka. Obyčejná, tři kusy za dvacet korun z Alberta. Fixou je na...

HE1 годину ago

איש לא יודע על החשבון השני

במגירה מתחת לחשבונות הארנונה והחשמל מונחת מעטפה לבנה פשוטה, מהסוג שקונים שלוש בשקל בסופר. על המעטפה רשמתי בטוש שחור: "למי...

FR2 години ago

La femme de ménage en larmes dans la cuisine du boss — il a verrouillé la porte et a demandé qui l’avait frappée

Le loquet a claqué comme une gifle en pleine nuit. Manon s’est figée devant l’évier de la cuisine du sous-sol,...

FR2 години ago

La serrure

J’ai posé ma valise devant le portail. Le mistral de novembre me glaçait les jointures, et il était presque vingt...

PL2 години ago

Słony zapach morza i kotlety mielone

Kasia od zawsze miała jeden sposób na reset — pociąg do Trójmiasta. Żadnych lotnisk, żadnego stania w korkach na autostradzie....