PL
Niedokończona szczęśliwość
Siedziałem przy otwartym oknie pensjonatu „Bryza”, patrząc na rozgrzany asfalt i słuchając, jak woda w starym bojlerze przestaje kapać. Duszne popołudnie w Ustce rozciągało się jak guma od majtek. Obok, na parapecie, stała niedopita fuszerka z ekspresu, a w popielniczce stygły niedopałki. Trzy dni temu przyjechałem tu służbowo – podpisać umowę z dostawcą sprzętu nawigacyjnego w porcie – i zostałem na weekend. Nie miałem po co wraczyć do pustej willi na obrzeżach Słupska. Piątek zapowiadał się leniwie, aż do momentu, gdy przez firankę zobaczyłem ją.
Szła chodnikiem wzdłuż wydm, w lnianej sukience w groszki. Niosła turystyczny ręcznik z nadrukiem latarni morskiej i siatkę z apteki. Zatrzymała się przy straganie z rybą, przełożyła okulary na czubek głowy i zaczęła targować się o wędzonego łososia. Ten sam gest – poprawianie włosów za ucho lewą ręką. Ten sam sposób, w jaki przechyla głowę, słuchając sprzedawcy. Mój Boże. Joanna.
Osiemnaście lat temu, na dwa dni przed ślubem, spakowałem jedną torbę i wyszedłem z naszego wynajętego mieszkania w Gdyni. Zostawiłem kartkę na kuchennym blacie. „Wybacz. Nie szukaj. Tak będzie lepiej.” Zmięty paragon z Żabki, długopis z urzędu miasta. Do dziś pamiętam zapach kawy, której nie zdążyłem wypić, i dźwięk tramwaju za oknem. Miałem wtedy dwadzieścia cztery lata i dług u lichwiarza z Wrzeszcza, który groził połamaniem nóg nie tylko mnie, ale i jej.
Nie szukała. Nie dzwoniła. Wspólni znajomi mówili, że wyjechała do Wrocławia, do siostry. Potem słuch zaginął. Przez lata układałem życie na nowo: firma ochroniarska, dom pod lasem, rozwód z Eweliną po sześciu latach bez dzieci. Wszystko poukładane, przewidywalne. Tylko rano, gdy goliłem się przed lustrem, czasem wydawało mi się, że w sypialni obok ktoś oddycha. Nie był to oddech żony – zbyt cichy, zbyt delikatny. Oddech człowieka, którego sam skreśliłem.
Zerwałem się z krzesła i zbiegłem na dół. Recepcjonistka, pani Halinka, układała pasjansa na blacie. Na ścianie wisiał plakat promu na Bornholm, a obok pęczniał kalendarz z papieżem. – Szczęść Boże, panie Marku. Kawki? – zapytała, nie podnosząc wzroku. – Halinko, ta pani w groszkowej sukience. Mieszka tutaj? – A, ta z Wrocławia? Mieszka u Kowalskiej na Słonecznej, trzy domy dalej. Też wypoczywa. Biedaczka, sama tyle lat, a już czterdziestka na karku. – Zna ją pani? – zapytałem, wyciągając portfel. Dwadzieścia złotych położyłem obok kart. W sumie mogłem dać więcej, ale bałem się, że to zabrzmi jak łapówka. – Kowalska to moja szwagierka. Mówiła, że przyjechała na dwa tygodnie cichego urlopu. Żadnych mężczyzn, żadnych znajomych. Tylko książki i spacery. Chce pan numer? – podsunęła karteczkę z notesu. – Nie trzeba. Znam adres.
Wieczorem kupiłem w delikatesach butelkę wina i koszyk truskawek. Nie miałem planu. Nie wiedziałem, co jej powiem. Chciałem tylko zobaczyć, czy w tych czterdziestoletnich oczach zostało cokolwiek z dziewczyny, która kiedyś pakowała kanapki na nasze wypady do Sopotu i mówiła, że najgorsze już za nami.
Pensjonat Kowalskiej pachniał starą boazerią i kapustą z bigosu. Na wieszaku w korytarzu wisiały trzy identyczne słomiane kapelusze – jak eksponaty muzealne – a pod nogami trzeszczały deski tak głośno, że trudno było wejść niezauważonym. Zapukałem do drzwi numer cztery. – Joanna. To ja. Marek. Cisza. – Wiem, że tam jesteś. Rozmawiałem z gospodynią. – Czego chcesz? – głos zza drzwi był spokojny, ale obcy. Niższy o pół tonu. – Porozmawiać. Tylko tyle.
Otworzyła. Stała w progu boso, z książką w dłoni – jakiś kryminał z przekrzywioną okładką. Włosy spięła w luźny kok, z którego wysuwało się kilka pasm. Na przegubie lewej ręki miała cienką srebrną bransoletkę – nie znałem jej, musiała kupić ją później. Spojrzała na mnie, potem na koszyk z truskawkami. – Wejdź. Nie będę robić scen na korytarzu.
Pokój był mały: łóżko, szafa, komoda z lustrem. Na parapecie stał słoik po ogórkach z polnymi kwiatami, a obok talerzyk z niedojedzoną drożdżówką. Mucha krążyła pod abażurem, uderzając w nagrzaną żarówkę. Usiedliśmy. Mówiłem długo: o lichwiarzu, o telefonie z pogróżkami w noc przed ślubem, o tym, że naprawdę wierzyłem, że ją chronię. Że bałem się jej to powiedzieć, bo mogła zrobić coś głupiego, na przykład pójść na policję albo, co gorsza, do tego człowieka osobiście. – Młody byłem, głupi. Myślałem, że wrócę za miesiąc, jak sprawy się ułożą. Ale miesiąc zmienił się w rok, a rok w osiemnaście lat. Wstyd było wracać. – I teraz przypadkiem mnie spotkałeś w Ustce. Na drugim końcu Polski. Ciekawe. – Przypadkiem. Miałem podpisać kontrakt w porcie. Zostałem na kilka dni. Pani Halinka powiedziała, że tu jesteś. – Ile jej dałeś? – Nie twoja sprawa. Chciałem cię zobaczyć. Joanna podniosła się z krzesła i podeszła do okna. Za szybą widać było plac zabaw, na którym chłopiec w pomarańczowej koszulce kopał piłkę. Kobieta z wózkiem krzyczała do kogoś przez telefon. Normalny świat, który nie czekał na nasze wyjaśnienia. – Wiesz, że mama przez ciebie trafiła do szpitala? – powiedziała cicho. – Dwa miesiące na kardiologii. Myślała, że nie żyjesz. Dzwoniła po kostnicach. – Nie wiedziałem. Pracowałem wtedy w Szczecinie, u wujka. Nie było mnie. – A ja wiedziałam. Codziennie po szkole jeździłam do niej autobusem 75. Kupowałam jabłka na straganie przy szpitalu, bo lekarz powiedział, że potas jest dobry na serce. – Joanno… – Nie mów tak do mnie. Nie teraz.
W pokoju pachniało kurzem i tanim płynem do podłóg. Gdzieś na piętrze grało radio – akurat leciała jakaś stara piosenka Perfectu. Zza ściany sąsiadka zakaszlała, a potem rozległo się szuranie kapci. W takich dźwiękach codzienności to, co mówiłem, brzmiało fałszywie. Jak słowa z taniego romansu.
W drzwiach stanęła nagle młoda kobieta – krótkie włosy, wytatuowany motyl na łopatce. – Przepraszam, że przeszkadzam. Pani Joanno, telefon na dole. Jakaś Kowalska pyta, czy może przyjść jutro po resztę należności. – Niech wejdzie rano. Do jedenastej będę. Kobieta spojrzała na mnie, potem na Joannę i szybko zniknęła. Korzystając z przerwy, spróbowałem jeszcze raz. – Zostań ze mną. Daj nam szansę. Mam dom pod Słupskiem, pusty. Możesz tam mieszkać, przyjeżdżać na weekendy, cokolwiek. Żadnych zobowiązań. – Marek, ja nie potrzebuję domu. Ja potrzebowałam ciebie osiemnaście lat temu, kiedy przed ołtarzem zostałam sama, w welonie, który pożyczyła mi kuzynka. Myślisz, że co powiedziałam gościom? Że pan młody się rozmyślił. – Wiem. Przepraszam. – Twoje przeprosiny nie oddadzą mi tamtych lat. Nie oddadzą mi szansy na dzieci, na normalne małżeństwo. Nie oddadzą mi godności. Wstała i otworzyła drzwi. – Idź już, Marek. Nie szukaj mnie więcej.
Wyszedłem. Na korytarzu minąłem tę samą sąsiadkę, która teraz stała przy oknie i paliła cienkiego papierosa. Spojrzała na mnie z mieszaniną ciekawości i politowania, jakby słyszała całą rozmowę. Schody skrzypiały pod moimi krokami. Na dole, w przedpokoju, stała klatka z papugą – wielki, zielony ptak patrzył na mnie nieruchomym okiem i nawet nie pisnął.
Przez trzy kolejne dni próbowałem jeszcze trzy razy. Raz zostawiłem list u gospodyni. Raz podjechałem pod jej okna wieczorem, ale zgasiła światło, zanim zdążyłem wysiąść. Raz czekałem na nią przy zejściu na plażę numer trzy, obok budki z zapiekankami. Przyszła, przeszła obok, nawet nie zwalniając. W rękach niosła kawę w kubku ze stacji benzynowej i torebkę z owocami. Morze szumiało głucho, a mewy darły się, jakby cały świat szykował się do końca.
W piątek rano pani Halinka przy recepcji powiedziała mi, że Joanna wymeldowała się dzień wcześniej. – Wyjechała pierwszym busem do Słupska, stamtąd pociągiem do Wrocławia. Nawet pościeli nie zdjęła, tylko położyła pieniądze na stole i kartkę, że dziękuje.
Wróciłem do swojego pokoju. Na parapecie stała ta sama fuszerka z kawą. W popielniczce – te same niedopałki, tylko więcej. Otworzyłem okno. Z dołu dobiegał dźwięk kosiarki i krzyki dzieci wracających z obozu. Wiatr przynosił zapach smażonej ryby z pobliskiej restauracji. Wszystko było takie samo jak tydzień temu. Tylko powietrze zrobiło się cięższe.
Wieczorem poszedłem na molo. Siedziałem na ławce obok automatu z wodą i patrzyłem, jak słońce zanurza się w Bałtyku. Obok siedział wędkarz – starszy facet w drelichowej kamizelce i słomkowym kapeluszu. Jego wnuk, może ośmioletni, w skupieniu nawijał żyłkę na kołowrotek. – Bierze dziś? – zapytałem bez sensu. – Nie. Ale posiedzę jeszcze godzinę. W domu i tak nie ma co robić. Wyjąłem z kieszeni telefon. Przewinąłem listę kontaktów do litery „J”. „Joanna” – stary numer, pewnie już nieaktualny. Ale wcisnąłem zieloną słuchawkę. Po dwóch sygnałach odezwała się automatyczna sekretarka: „Abonent nie odbiera. Zostaw wiadomość.” Rozłączyłem się. Schowałem telefon do kieszeni i zapatrzyłem się w horyzont. Tam, gdzie woda stykała się z niebem, płynął daleki prom, zabierając gdzieś ludzi, którzy mieli dokąd wracać. Wędkarz zakaszlał, splunął do wody i poprawił kapelusz. Jego wnuk wyciągnął z torby batonika i zaczął go rozwijać. Życie toczyło się dalej – niespieszne, obojętne i zupełnie nieprzejmujące się moją spóźnioną skruchą.
