Connect with us

PL

Kobieta na rusztowaniu

Published

on

Nazywam się Bożena Wilczek, prowadzę małą pracownię krawiecką przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, dwa piętra niżej niż mieszka Ewelina Konarska. Znam ją sześć lat, odkąd wprowadziła się z mężem do kamienicy naprzeciwko mojego zakładu. Widuję ją głównie rano, kiedy idę otworzyć pracownię — ona wtedy wychodzi do pracy, w tym swoim kombinezonie roboczym, z torbą pełną pędzli i szpachelek, pachnie wapnem i czymś słodkawym, chyba żywicą. Konserwatorka zabytków. Renowacja fresków, polichromii, tych wszystkich starych kościołów, które w Łódzkiem i sąsiednich województwach nikt by już nie ocalił, gdyby nie tacy ludzie jak ona.

Piękna kobieta, trzeba to powiedzieć wprost, bo inaczej historia się nie trzyma kupy. Wysoka, jasne włosy zwykle upięte w niedbały kok, z którego zawsze wystawało kilka kosmyków. Klienci mojej pracowni, panowie przymierzający marynarki, potrafili zamilknąć w pół zdania, kiedy przechodziła chodnikiem. Raz stary pan Kubiak, emerytowany nauczyciel, powiedział mi cicho: proszę pani, ja bym taką twarz do ikony przerysował, nie do fresku. Śmiałam się wtedy z niego, ale rozumiałam, co miał na myśli.

Jej mąż, Radosław, pracował jako kierownik działu logistyki w hurtowni materiałów budowlanych na obrzeżach miasta. Widywałam go rzadziej, bo wracał później, ale kiedy już go widziałam — przy śmietniku, w sklepie spożywczym na rogu, na klatce — zawsze robił wrażenie człowieka, który właśnie kogoś skrytykował albo zaraz to zrobi. Miał tę minę wiecznie niezadowolonego kontrolera jakości. Krępy, z lekką nadwagą, usta zaciśnięte w podkówkę, jakby stale przełykał coś kwaśnego.

Zaprzyjaźniłyśmy się trochę, bo Ewelina czasem wpadała do mnie po robocie, kiedy autobus się spóźniał, i czekała, pijąc herbatę z termosu, który zawsze miała przy sobie. Opowiadała mi o freskach — nie dlatego, że musiała, tylko dlatego, że nie miała komu innemu opowiedzieć. Pamiętam, jak pokazywała mi na telefonie zdjęcie odkrytej twarzy świętego spod warstwy tynku, cała rozświetlona, mówiła coś o siedemnastym wieku, o szkole malarskiej, a ja rozumiałam może jedną trzecią, ale słuchałam, bo tak się mówi o czymś, co się kocha.

Kiedyś, na początku lata, weszła do mnie prosto z pracy, usiadła na krześle dla klientów, nie zdjęła nawet kurtki, i powiedziała: Bożena, zapraszają mnie do Włoch. Cztery miesiące, kaplica pod Bolonią, fresk z czternastego wieku po osunięciu ziemi. Mówiła to szeptem, jakby się bała, że ktoś usłyszy przez ścianę, chociaż byłyśmy same. Miała w oczach coś, czego wcześniej u niej nie widziałam — nie radość nawet, tylko taki błysk paniki pomieszanej z nadzieją, jak u kogoś, kto dostał list z wygraną, ale boi się go otworzyć przy świadkach.

Tydzień później wpadła znowu, tym razem koło dwudziestej pierwszej, kiedy zamykałam już żaluzje. Miała podpuchnięte oczy, nie płakała jednak, tylko mówiła bardzo szybko, jakby recytowała coś, co ćwiczyła w drodze. Powiedziała mi wtedy, że mąż nazwał ją sprzątaczką z pędzelkiem, że powiedział, że we Włoszech kobiety takie jak ona wykorzystuje się, i wcale nie do konserwacji. Że krzyczał, że rzucił w nią niedojedzoną kanapką, i zamknął się w sypialni. Ja nalałam jej wtedy kompotu z wiśni, bo herbaty akurat zabrakło, i nie powiedziałam nic mądrego — bo cóż tu powiedzieć sąsiadce, którą zna się od kilku lat i nie chce się wtrącać w cudze małżeństwo.

Przez kolejne dni obserwowałam ją inaczej niż zwykle. Nie wychodziła już rano tak, jak dawniej — z tą swoją swobodną, długą chodą, tylko jakby skulona, patrząca pod nogi. Raz zauważyłam, że ma na sobie tę samą bluzę trzeci dzień z rzędu, chociaż wcześniej zawsze ubierała się starannie, nawet do pracy przy tynku. To mnie zaniepokoiło bardziej niż jakiekolwiek słowa.

Aż pewnego wieczoru, gdzieś we wrześniu, kiedy już zamknęłam pracownię i wystawiłam kubeł na klatkę schodową, usłyszałam z góry podniesiony głos Radosława przez otwarte okno kuchni. Nie rozróżniałam słów, tylko ton — ten sam wykładowy, protekcjonalny, jakim tłumaczy się dziecku, dlaczego nie może dostać drugiego lizaka. Postałam chwilę na podwórku, bo sąsiadka z parteru, pani Halinka, akurat wyszła wytrzepać dywanik i też zerkała w górę. Nic nie powiedziałyśmy sobie, tylko spojrzenia wymieniłyśmy, i każda wróciła do swojego.

Dwa dni potem Ewelina zapukała do mnie już po zamknięciu, z dużą kopertą w ręku. Powiedziała, że jedzie. Że napisała do synora Battaglii — tak go nazywała, tego Włocha, który ją zaprosił — że przyjmuje zaproszenie, i że złożyła już papiery w dyrekcji instytutu konserwacji zabytków o urlop bezpłatny na cztery miesiące. W kopercie miała bilet lotniczy z Warszawy do Bolonii, wydrukowany, i umowę o pracę na czas określony, podpisaną, z kwotą wynagrodzenia zakreśloną żółtym markerem — dwanaście tysięcy złotych miesięcznie plus zakwaterowanie. Powiedziała, że to więcej, niż zarabiała w instytucie przez pół roku.

Zapytałam ją wtedy, co na to mąż. Odpowiedziała spokojnie, składając kopertę z powrotem do teczki: powiedziałam mu, że jadę, i że jeśli to jest dla niego nie do przyjęcia, to ma czas do mojego powrotu, żeby zdecydować, czy chce być moim mężem, czy moim recenzentem. Nie krzyczała tego, nie płakała. Powiedziała to tak, jak mówiła o warstwach tynku — rzeczowo, z pełnym rozeznaniem materiału.

Wieczorem przed wyjazdem widziałam, jak wynosi walizkę do taksówki sama, bo Radosław nie zszedł, chociaż światło w oknie się paliło. Stałam wtedy w progu mojej pracowni, niby poprawiając wystawę, a naprawdę tylko patrząc. Taksówkarz pomógł jej z walizką, ona odwróciła się jeszcze, spojrzała na okno kuchni, gdzie za firanką widać było sylwetkę, i nic — weszła do samochodu, zamknęła drzwi.

Wróciła w styczniu, w środku zimy, opalona jak nikt w naszej okolicy o tej porze roku, z teczką pełną fotografii odrestaurowanych fresków i z awansem — instytut mianował ją kierowniczką pracowni konserwacji malarstwa ściennego, bo synor Battaglia napisał osobisty list polecający do dyrekcji. Mieszkanie na trzecim piętrze stało wtedy już puste od listopada — Radosław wyprowadził się do matki, kiedy przyszły od Eweliny z Bolonii papiery od notariusza w sprawie podziału majątku, w tym dokument, który przekazywał jej całą działkę rekreacyjną pod Sulejowem, jedyną nieruchomość, jaką mieli wspólną poza mieszkaniem — a którą on zawsze nazywał swoim projektem życia.

Spotkałam ją w lutym na klatce, niosła farby i nowe pędzle kupione w sklepie plastycznym. Zapytałam, jak tam Włochy, czy wróci jeszcze. Odpowiedziała, że w maju jedzie znowu, tym razem do Werony, na dłużej. Uśmiechnęła się przy tym tak, jak dawniej, zanim zaczęła nosić tę samą bluzę trzy dni z rzędu — swobodnie, całą twarzą. Podziękowała mi za tamten kompot z wiśni, powiedziała, że dobrze wtedy zrobił. Ja tylko skinęłam głową i wróciłam do swojej pracowni, bo klientka czekała na przymiarkę, a życie, nawet cudze, toczy się dalej niezależnie od tego, ile się w nie zajrzało przez okno.

Click to comment

Leave a Reply

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься. Обов’язкові поля позначені *

вісімнадцять − шість =

Також цікаво:

DE39 хвилин ago

Werkstatt in der Dieselstraße

Ich heiße Bernd Kessler, sechzig Jahre alt, seit einundvierzig Jahren KFZ-Meister in Wuppertal. Meine Schwiegertochter Sabine würde sagen, ich erzähle...

PL53 хвилини ago

Kobieta na rusztowaniu

Nazywam się Bożena Wilczek, prowadzę małą pracownię krawiecką przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, dwa piętra niżej niż mieszka Ewelina Konarska....

DE1 годину ago

Andrea Reinholt und der Anruf um 16 Uhr

Dreißig Sekunden bevor ich Frau Kessler werden sollte, schob mir Bastian eine Mappe über den Blumenständer und sagte, ich solle...

DE1 годину ago

Der Stollen unter Wattenscheid

Zwölfhundert Meter unter Wattenscheid roch es plötzlich nach nasser Erde und Gras. Markus Brenner war seit einundzwanzig Jahren Vortriebsteamleiter auf...

DE1 годину ago

Der Moment am Gate 27

Ich heiße Jonas Wieland, ich bin einunddreißig, wohne in Leipzig und arbeite als Elektrotechniker bei einem mittelständischen Betrieb in der...

DE1 годину ago

Der Hof bei Beelitz und die Sache mit den Spargelfeldern

Mein Opa Reinhard hat immer gesagt, ein Spargelfeld gehört nachts nicht mehr uns. Ich hab das für Alte-Männer-Gerede gehalten, für...

DE1 годину ago

Die Werkstatt an der Frankfurter Straße

Ich heiße Jonas Brenner, bin achtundvierzig und repariere seit über zwanzig Jahren Getriebe in Offenbach. Meine Schwiegermutter Renate ruft mich...

PL1 годину ago

Wdowa po Tomaszu z Bytomia — plecak z siedmioma kopertami

Nazywam się Halina Kwiatek, od dwudziestu trzech lat pracuję jako pielęgniarka na oddziale kardiologii w szpitalu przy ulicy Żeromskiego w...