PL
Wdowa po Tomaszu z Bytomia — plecak z siedmioma kopertami
Nazywam się Halina Kwiatek, od dwudziestu trzech lat pracuję jako pielęgniarka na oddziale kardiologii w szpitalu przy ulicy Żeromskiego w Bytomiu. Widziałam tysiące pacjentów i chyba ze dwie setki takich, którzy umierali sami, bez rodziny przy łóżku. Ale tamtej wiosny, dwa lata temu, zdarzyło się coś, czego nie zapomnę, choćbym pracowała jeszcze drugie tyle.
Na salę czwartą trafił mężczyzna po siedemdziesiątce, nazwiskiem Tomasz Wrona. Niewydolność serca, rokowania złe. Nikt go nie odwiedzał — w papierach nie było nawet numeru do kogokolwiek. Takich pacjentów u nas się pamięta, bo cisza wokół ich łóżek jest inna niż wokół pozostałych.
W tym samym czasie na oddziale pojawiła się wolontariuszka, dziewczyna po dwudziestce, Marta Sobolewska. Zgłosiła się miesiąc wcześniej, zaraz po pogrzebie matki — mówiła, że nie umie siedzieć w pustym mieszkaniu, że potrzebuje robić coś dla kogoś. Przynosiła pacjentom herbatę, czytała gazety, siadała przy łóżkach tych, do których nikt nie przychodził. Z panem Wroną usiadła pierwszego dnia i już nie odchodziła.
Zauważyłam ją koło jego łóżka codziennie po południu, zwykle koło piętnastej, kiedy kończyłam obchód. Raz przyniosła mu szarlotkę z cukierni na rogu, bo powiedział, że tęskni za smakiem domowego ciasta. Innym razem siedzieli w milczeniu, bo miał zły dzień z tlenem i ledwo mówił. Ona i tak zostawała.
Dwunastego dnia jej dyżuru — pamiętam, bo akurat leciał w telewizorze w dyżurce mecz reprezentacji — pan Wrona poprosił mnie, żebym wezwała kierownika oddziału. Chciał wiedzieć, czy w szpitalu można wziąć ślub. Myślałam, że majaczy przez leki. Sprawdziłam kartę — świadomość w pełni zachowana, tylko serce coraz słabsze.
Dwa dni później do sali czwartej przyszedł urzędnik z urzędu stanu cywilnego z Bytomia, z całą papierologią. Marta miała na sobie żółty sweter, bo akurat taki wzięła tego dnia z domu — nie zdążyła się nawet przebrać. Nie było obrączek, nie było kwiatów. Byłam świadkiem razem z salową, panią Grażyną. Pan Wrona powiedział przysięgę cicho, z maską tlenową odsuniętą na chwilę, a Marta trzymała go za rękę, jakby bała się, że zniknie, jeśli puści.
Przez następny tydzień była przy nim codziennie, także w nocy — pielęgniarki z nocnej zmiany dawały jej kocyk i fotel. Zmarł siódmego dnia po ślubie, nad ranem, trzymając ją za dłoń. Widziałam to, bo akurat robiłam pomiary ciśnienia w sali obok i wpadłam, kiedy monitor zaczął piszczeć.
Następnego dnia, kiedy Marta siedziała sama w opróżnionej już sali, przyszedł do niej starszy mężczyzna w garniturze. Przedstawił się jako mecenas Jerzy Baran, pełnomocnik zmarłego. Trzymał w rękach zniszczony plecak, na którym flamastrem było napisane jej imię. Widziałam to, bo akurat wnosiłam czystą pościel i musiałam przejść przez tę salę.
Postawił plecak na jej kolanach. Powiedział, że pan Wrona kazał go oddać dopiero po śmierci, i że w środku jest coś, o czym ona nigdy nie miała się dowiedzieć wcześniej.
Nie zostałam, żeby patrzeć, jak otwiera zamek — miałam jeszcze dwóch pacjentów do obejścia. Ale mecenas Baran wrócił do naszej dyżurki po godzinie, żeby zostawić dokument potrzebny do formalności pogrzebowych, i to on opowiedział mi resztę, bo widział, że interesował mnie los tej dziewczyny.
W plecaku było siedem zaklejonych kopert, ponumerowanych od jednego do siedmiu — po jednej na każdy dzień ich małżeństwa, napisanych, zanim jeszcze się poznali, kiedy pan Wrona dopiero trafił na oddział i wiedział, że szuka kogoś, komu mógłby zostawić to, co zbudował. W ostatniej kopercie był akt własności do warsztatu samochodowego przy ulicy Chorzowskiej, który prowadził czterdzieści jeden lat, oraz wyciąg z konta na sto dziewięćdziesiąt sześć tysięcy złotych — oszczędności całego życia, bez grosza dla dalekiej rodziny, z którą nie rozmawiał od lat, bo próbowali go kiedyś ubezwłasnowolnić dla spadku po jego zmarłej żonie.
Trzy tygodnie później zjawił się w naszym szpitalu jeden z tych krewnych — jak się okazało, siostrzeniec zmarłego, pytał recepcję, czy zna dane kontaktowe „tej dziewczyny od pana Wrony", bo chciał porozmawiać o „nieporozumieniu w spadku". Recepcjonistka, zgodnie z procedurą, nie podała nic. Mecenas Baran, poinformowany telefonicznie, odpisał mu jedno zdanie mailem, które później mi zacytował: testament jest prawomocny, sprawa zamknięta, dalsze roszczenia proszę kierować do sądu.
Warsztat Marta sprzedała po pół roku — powiedziała mi to, kiedy wpadła podziękować pielęgniarkom z oddziału, przynosząc pudełko pączków z cukierni obok szpitala. Zatrzymała tylko pieniądze i te siedem kopert, które trzyma w tym samym plecaku, teraz już wypranym, w szafie w swoim nowym mieszkaniu na Miechowicach. Powiedziała, że nie planuje wracać do wolontariatu na naszym oddziale — zbyt dużo tu wspomnień — ale zapisała się do hospicjum po drugiej stronie miasta.
Ja tego dnia miałam akurat nocną zmianę i musiałam wracać do pracy, więc nie zdążyłyśmy porozmawiać dłużej. Zapamiętałam tylko, że zanim wyszła, odłożyła jednego pączka na tacy w dyżurce — dla pielęgniarki z nocnej zmiany, która przynosiła jej ten kocyk. Nikt nie zapytał, dla kogo dokładnie, ale wszystkie wiedziałyśmy.
